niedziela, 28 kwietnia 2013

Zombie Loan Pogrzeby są dziwne

Author: LadyCyan

Chika nie cierpi pogrzebów. Nigdy na nie nie chodzi. Unika jak ognia. Jednak ostatecznie pójdzie na jeden, lecz bynajmniej nie z powodu osoby, która zmarła. Przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. ChikaxShito SHOUNEN-AI


Pogrzeby są dziwne. Nie powiem, że smutne, bo to jest oczywiste – są smutne, zarówno dla bliskich zmarłego, jak i obserwatorów. Ale są dziwne i tego w nich nie lubię. Nie lubię tego, że często muszę w nich uczestniczyć, nie odczuwając żadnego żalu po śmierci zmarłego. To jest dziwne. I nieszczere. Żadnego smutku, choćby refleksji – nic. Tak jak teraz, gdy patrzę jak pierwsza gruda ziemi uderza głucho w wieko jej trumny. Tej bez imienia. Która nic dla mnie nie znaczy. I czuję się jak oszust, stojąc jak kołek na jej pogrzebie, bo nie przyszedłem tu, by ją żegnać. Przyszedłem tu dla kogoś innego, wrzucającego właśnie teraz te okruchy ziemi do grobu. Ruch jego dłoni jest mechaniczny, pozbawiony uczucia, lecz zarazem elegancki – tak jak zawsze. Długie palce z namaszczeniem chwytają piach, który przesypuje się między nimi, chwilę go przytrzymują, jakby ważąc, a następnie wypuszczają, by mógł w końcu uderzyć w zimne drewno trumny. I to wszystko – prostuje się i odsuwa. Podchodzą następni, by uczynić to samo. Wszyscy ubrani na czarno, wszyscy z takimi samymi minami. Wiatr niszczy im fryzury i gniecie ubrania, zimny i bezlitosny przygina do ziemi dwie wierzby rosnące niedaleko nowego grobu. Lecz ja już na to nie patrzę. Szukam go wzrokiem, zniknął gdzieś wśród tych kilkunastu osób. Chce być sam, od zawsze szukał samotności.

Podbiega do mnie jakaś kobieta i szepcze mi coś na ucho, aby przypadkiem w tej cholernej zawiei nikt inny nie usłyszał. Wiatr szumi tak głośno, że nawet gdyby krzyczała, ciężko byłoby ją zrozumieć. W końcu jednak docierają do mnie urywki jej zdań. Informuje mnie, że ksiądz nie zgodził się odprawić za dziewczynę mszy, a nawet przyjść do jej grobu, ponieważ twierdzi, że nie miała duszy. Kobieta niecierpliwi się, bo nie odpowiadam i zdenerwowana odchodzi, lecz nagle uderza mnie sens jej słów. Jeśli ta dziewczyna nie miała duszy to… Poczułem lodowaty ucisk w żołądku. Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Ale nie… To niemożliwe. Kompletny absurd.

Gdy szedłem bez celu przez porośnięty szumiącą trawą pagórek, byle jak najdalej od pogrzebu, echo poprzedniej myśli dotarło do mnie wyraźniej. Ta dziewczyna była zombie, co prawda stworzonym przez kogoś i nie całkiem obdarzonym własną wolą, ale jednak zombie. A skoro nie posiadała duszy, to inne stworzenia jej pokroju także. Z tego by wynikało, że pewien nadpobudliwy, skrzywiony na punkcie pieniędzy i już dawno martwy licealista nie ma już czego szukać na tym świecie. Tym licealistą byłem ja. A Shito to już zupełnie inna historia…

Dostrzegam nagle czarną postać sztywno siedzącą po turecku na białym nagrobku. To on. Bez wahania podchodzę bliżej, wchodzę na sąsiedni grób i także siadam. Czuję jak przenika mnie wilgotne zimno mokrego kamienia. W dodatku zaczęło kropić, a wiatr wieje teraz ze zdwojoną siłą i wpycha mi kosmyki włosów do oczu. Chwilę tak siedzimy, obaj pogrążeni we własnych myślach – znaczy ja myśląc o nim, a on pewnie błądząc nimi gdzieś daleko. Ciekawe, kim on tak naprawdę jest – wiem, że na pewno nie zwykłym zombie, bo nigdy nie żył jako prawdziwy człowiek. Tak powiedział mi Bekko-san. Czy w takim razie też został stworzony jak tamta dziewczyna? To dlatego jest taki idealny? Taksuję go wzrokiem z ukosa. Wygląda jak posąg, siedząc z łokciami opartymi na kolanach i głową spuszczoną w dół tak, że nie widzę jego twarzy, tylko delikatnie zarysowaną linię szczęki. Czarne włosy zmoczone deszczem posklejały się w kosmyki, z których kropelki wody skapują na marmur.

- Shitoo – mówię najbardziej irytującym tonem, na jaki mnie stać. – Otrząśnij się.

Patrzę na jego reakcję – lekkie drgnięcie, nic więcej. Ale ja wiem, że jak na niego to bardzo dużo. Układam się w podobnej pozycji i mówię dalej:

- Wiesz, że i tak prędzej czy później w ten sposób by się to skończyło. Ona nie mogła żyć w tym świecie. Nie była do tego przystosowana. Była za słaba.

- Zamknij się. – syczy cicho i podnosi głowę, lecz nie patrzy na mnie. Teraz widzę jego idealny profil. Wiem o czym myśli. Wreszcie odnalazł kogoś, kto potrafiłby go zrozumieć, kto mimo że na wpół świadomie, to jednak najlepiej zdawał sobie sprawę z tego co on czuje, ktoś kto w ciągu kilku chwil stał mu się taki bliski. I został mu prawie natychmiast odebrany…

Wzdycha ciężko, z irytacją i zrezygnowaniem, po czym odgarnia mokre włosy z twarzy. Mimo to część kosmyków i tak wysnuwa się leniwie i powoli opada mu z powrotem na oczy. Łapię jeden z nich i ciągnę. Dość mocno. Wzdryga się i odtrąca moją dłoń. Rzuca mi wściekłe spojrzenie. Udało mi się go sprowokować.

Patrzę jak krwistoczerwone oczy ciskają we mnie złowrogie iskry, po to by po chwili znów zgasnąć. Wbija wzrok w ziemię i opuszcza ramiona.

- Jestem zmęczony. – szepcze chrapliwie. – Cholernie zmęczony…

Nachodzi mnie ochota, by znaleźć się bliżej mojego partnera. Widzę, że cierpi, ale powody tego cierpienia są dla mnie niezrozumiałe. Wstaję więc, z ulgą odklejając się od mokrego kamienia i podchodzę do niego od tyłu. Siadam i kładę dłonie na jego karku. Zaczynam go masować zdecydowanymi kolistymi ruchami.

- Tatuś ci rozmasuje kark, bo ci się połączenia mózgowo-rdzeniowe zablokowały. – prycham złośliwie, czując mrowienie w opuszkach palców. Drgnął zaskoczony moim dotykiem, lecz teraz jego napięte mięśnie powoli się rozluźniają. Odsuwam mu kołnierz marynarki, żeby rozmasować wszystkie partie mięśni. Skóra pod moimi palcami jest gładka i mokra od deszczu. Zastanawiam się, kiedy Shito mnie uderzy, zirytuje się albo powie, żebym przestał. Nie lubi, gdy się go zbyt często dotyka. Lecz czekam, a on nie reaguje. Siedzi w bezruchu i wydaje się całkiem rozluźniony. Więc masuję go dalej. Zamykam oczy i próbuję zapamiętać tę chwilę – dotyk jego ciepłej, gładkiej skóry i to uczucie gorąca, jakie we mnie wywołuje, które promieniuje z moich dłoni rozlewając się po całym ciele i to jak jego plecy delikatnie się unoszą przy każdym oddechu. Chcę więcej tego ciepła. Ale nie mogę chcieć. Nie mogę go pragnąć, bo jeśli bym dostał więcej, to nie ręczę za siebie. Muszę się odsunąć, bo cała ta sytuacja jest niebezpieczna… Shito powoli odchyla głowę. Dociera do mnie jego zapach – lekko ziołowy aromat orientalnych przypraw, który przyprawia mnie o zawrót głowy. Pod wpływem impulsu pochylam się i lekko przesuwam ustami po jego szyi w miejscu, gdzie skóra jest najcieńsza, gdzie chowa się tętnica. Czuję, jak pulsuje w nim życie, którego tak naprawdę już nie posiada. Sztywnieje na ten gest, czekam aż mnie odepchnie, jednak on tego nie robi. Siedzi bez ruchu, spięty i sztywny. Wiem, że wstrzymuje oddech.

- Co ty… - wykrztusza w końcu, gwałtownie wypuszczając powietrze. Chcę przestać, lecz moje ręce mnie już nie słuchają. Przyciągają go do mnie blisko, tak blisko, że przez mokry materiał koszuli i marynarki wyczuwam ciepło jego ciała i bicie serca. Zastanawia mnie, czy on czuje, jak wali moje własne. Przyciskam go do siebie, chcę czuć go przy sobie i nie puszczać. Nie obchodzą mnie już pozory, może mnie znienawidzić, uważać za nienormalnego, ale już i tak stało się zbyt wiele. Właściwie wszystko mi jedno, skoro nie mam duszy, mogę robić co chcę. Nie będę udawać. Moje dłonie błądzą po jego brzuchu mnąc mokry materiał, twarz wtulam w ramię Shito. Zsuwam mu krawat i delikatnie przejeżdżam palcami po obojczyku, głaszcząc bladą, miękką skórę szyi. On przez cały czas siedzi sztywno, gdy nagle czuję jak się wzdryga, odsuwa siłą moje dłonie i syczy:

- Akatsuki… - słyszę lekkie drżenie w jego głosie, który zaraz szybko twardnieje. – To nie pora na twoje głupie żarty. Spadaj!

Mówiąc to, odwraca się w moją stronę rzucając mi wściekłe spojrzenie, a ja robię kolejną głupią rzecz – chwytam go za podbródek, pochylam się i przyciskam wargi do jego lekko rozchylonych ust. Czuję falę gorąca, gdy znów uderza we mnie jego zapach, moja dłoń wplątuje się w jego włosy i przyciąga go do mnie, lecz wtedy mój wzrok napotyka krwistoczerwone oczy. Widzę w nich szok i dociera do mnie, co najlepszego wyprawiam i że zaraz wszystko zepsuję. Muskam więc tylko jego usta i odsuwam się, zmuszając się do puszczenia go. Przywołuję na twarz złośliwy uśmiech.

- Gdybyś tylko widział swoją minę…

Szok Shito przeradza się w złość. Gwałtownie mnie odpycha tak, że uderzam głową o nagrobek. Wstaje i z góry piorunuje mnie wzrokiem.

- Ty idioto!

Śmieję się, rozcierając sobie potylicę. Staram się skupiać na swoich słowach i jego złości, żeby pozbyć się wspomnienia minionej chwili, które wciąż mnie obezwładnia.

- Znów jesteś normalny! Myślałem, że będziesz się tak użalał przez wieczność… Już nawet zacząłem szukać sobie nowego, sensownego partnera, który się nie obija.

Shito prycha i na odchodnym rzuca przez ramię:

- Odwal się, śmieciu.

- Zdychaj, gówniany Shito.

No i znów po staremu. Prostuję się i wsadzam ręce w kieszenie. Wzdycham ciężko. Co ja sobie myślałem? Jak mogłem być taki głupi, żeby się tak odsłonić? Ale to było silniejsze ode mnie, nie potrafiłem się powstrzymać. Robi mi się gorąco, gdy przypominam sobie smak deszczu na jego ustach i ciepło jego ciała tak blisko mnie… Nie zapanowałem nad sobą i przez to o mały włos nie zepsułem swojej przyjaźni z Shito. Nie chcę jej stracić, bo relacja z nim jest dla mnie naprawdę cenna. On najlepiej rozumie co czuję, bo sam jest w podobnej sytuacji. Obaj teoretycznie nie żyjemy. Nie rozmawiamy o naszych uczuciach, ale wystarczy sama świadomość. I mimo że udaję nienawiść do swojego partnera, to prawda jest inna, nawet bardzo inna… Wręcz toksyczna.

Kopię jakiś zabłocony kamyk i ruszam z powrotem pod górę, tam gdzie żałobnicy żegnają dziewczynę-zombie.

Już absolutnie nigdy nie pozwolę sobie na taką chwilę słabości, postanawiam w duchu.

Shaman King Grafomania

Author: ParaWino

Jest to mój debiut. Jun Tao prowadzi pamiętnik, w którym za pomocą wierszy opisuje swoje refleksje na temat pewnego wysokiego i przystojnego szamana...



"Jego włosy
Lśnią blaskiem księżyca
W chłodną jesienną noc."

"Silna dłoń
Korzeń mocnego drzewa
Obejmuje rękojeść miecza"

- Jun, co ty robisz?!
- Nic, Ren!

"Co dzień,
Widzę go rano.
Szybkiego jak wiatr,
Szybszego od dźwięku.

Dziś przystanął.
Zdjął zabawny hełm,
Odłożył drewniany miecz.
Mechaniczny rumak cichutko rżał.

Pogłaskał go.
I podszedł do mnie.
Dorosły człowiek
Z cieniem dziecka."

- Jun, piszesz wiersze? Mogę przeczytać?
- Spadaj Ryu!

"Zakochałam się.
Zmarszczki na młodej twarzy
przecinają twarz jak blizny.
Oczy czarne jak dwa węgle,
rozgrzewają ludzkie serce... (...)"

- Jun?
- Tak?
- Niechcący przeczytałem twój pamiętnik.
- Co?!
- Przepraszam, Jun. Napisałem dla ciebie piosenkę.
- Jaką?
- "Ja też cię kocham"

Shaman King Właściwa droga

Author: Gamer2002




Yoh jest wspaniały i niepokonany, mówili. Yoh jest Królem Szamanów. Yoh jest najlepszy.

Yoh znowu spóźnia się na obiad.Axelowi i jego „teamowi" się nie poszczęściło. Zakwalifikował się do rund drużynowych Turnieju. I to jak! Miał trzy zwycięstwa w rundzie eliminacyjnej. I to jakich! Wszystkie były z użyciem wielkich form duchów. Axel był naprawdę zawansowanym i mocnym szamanem.

Ale trafił na Hao.

Można powiedzieć, że i tak świetnie sobie poradził. Walczył z wszechmocnym Hao i przeżył. Sam wielki Asakura był pod wrażeniem siły Axela i dlatego go nie zabił.

„Jeśli po tym wszystkim nie umrzesz, odzyskasz siły i będziesz mógł walczyć, z radością przyjmę cię do mojego Królestwa."

Axel żył, ale Królestwa Hao nie było.

Hao został Królem Szamanów, ale Yoh pokonał go i połączył się z Królem Duchów. Tylko tyle o tym powiedziano.

Axel przyjął wiadomość o pokonaniu Hao z stoickim spokojem. „Ot, po raz wtóry upadła potęga...".

Tak jak prawie każdy szaman, pragnął Korony dla siebie. Miał ku temu powody.

-Pragnę zmienić świat... Zmienić siebie...- powiedział do siebie.

Otaczała go samotność. Jego towarzysze dawno odeszli i był już tylko sam, razem z wspomnieniami. Jedynym na kim mógł liczyć był jego duch-stróż...

- Czy wciąż mi się może udać...? - spytał- Czy wciąż mogę odmienić przeznaczenie?

Jego duch-stróż pojawił się z nikąd. Był jednym z duchów elementarnych, pierwotnych. Niegdyś był bogiem i obrońcą, potem stał się mniejszym z bogów, następnie demonem i niszczycielem aż w końcu go zapomniano.

- Gdybym ma wola gasiłaby gwiazdy, osuszałaby oceany, rozbijała góry... - szepnął- Gdybym był Królem...

Duch zadrżał. Był na zewnątrz ziemią i skałą, ale wewnątrz był ogniem i lawą. Byłby dziś niczym, gdyby nie tak dawno nie przypomniał się światu, doprowadzając do wybuchu który zmienił zachód słońca w odległych krainach. Potem znalazł sobie nowy ołtarz, ołtarz siły i mocy w jedności z nauką...

- Ale nim nie jestem i nie zostanę - westchnął Axel, a następnie uśmiechnął się lekko.- No to będę musiał użyć trudniejszego sposobu.

Yoh szedł. Tak po prostu i zwyczajnie szedł przed siebie. Wiedział, że czekała go decyzja i będzie musiał ją podjąć. Miał do wyboru wiele opcji i każda była beznadziejna.

- Yoh... - powiedział Amidamaru- Nie powinieneś już wracać? Anna znowu będzie się martwić. Z resztą, już nie widać lądu.

Yoh obejrzał się do tyłu. Rzeczywiście, stał na środku oceanu i nie widać było już lądu.

- Ale nie teleportowałem się daleko tym razem, prawda? - zapytał z nadzieją w głosie- Tam jest brzeg Japonii, prawda?

- Niezupełnie... - odpowiedział samuraj- Spójrz tam

Yoh spojrzał i zauważył płynącą jakby nigdy nic bryłę lodu.

- Biegun?

- Biegun.

Axel czekał. Czekanie opanował do perfekcji. Trzy lata w szpitalu, gdy nie mógł się ruszyć, nauczyło go cierpliwości.

Stał nad brzegiem i patrzył ze spokojem na fale uderzające w brzeg. Słuchając szumu morza, patrząc na zachód słońca w zupełnej samotności czyniło go spokojnym. A to właśnie było mu potrzebne.

- Adam i Ewa zjedli zakazany owoc i w ten sposób zbuntowali się Bogowi i zostali wygnani - powiedział- Ale czy ty poznałaś dobo i zło, zanim wygnano cię po tym jak odmówiłaś współżycia z Adamem?

Nadmorski wiatr nabrał na sile i zaczął targać koszulę chłopaka jakby chciałby ją porwać dla siebie.

- Owoc to tylko idea... - mruknął- Symbol...

Axel przysiadł i wsadził palce w piach na plaży. Wziął garść ziemi a następnie wyrzucił ją na wiatr. Piach odleciał z wiatrem, daleko poza zasięg wzroku chłopaka.

- Jeżeli Bóg by nie chciał, aby ludzie jedliby z drzewa zakazanego owocu, nie stworzyłby drzewa - kontynuował Axel- Ale stworzył je, by człowiek mógł sam zadecydować o swym przeznaczeniu. A to oznacza, że bunt przeciwko Bogowi nie jest wcale takim złym czynem. Bo przecież skoro i tak nie możemy skrzywdzić Boga, nie możemy zrobić mu nic złego...

Ponownie wstał i się roześmiał. Śmiech ten był pozbawiony radości, gorzki, karzący i ironiczny.

- Pieprzę bez sensu

Yoh zbliżał się do brzegu. Wiedział, że nie ma sensu biec, bo i tak sposób, w jaki podróżuje jest zwyczajnie dziwny i wszelkie prawa fizyki, jak „jeśli będziesz biegł szybciej, szybciej dotrzesz", nie mają większej racji bytu. Z pośród wszystkich mocy Króla Szamanów tej jednej nie potrafił opanować.

Zapewne, dlatego bo miał, jak to mówiła Anna, „tendencję do bujania w obłokach CZY TY MNIE SŁUCHASZ, YOH?!". Starał się trzema krokami dotrzeć do domu, ale trafił na brzeg.

- Amidamaru, nie wtrącaj się w tą rozmowę, bardzo cię proszę. Witaj Axel... - powiedział Yoh do chłopaka stojące na plaży, który go obserwował.

Axel był od niego wyższy i starszy. W umięśnieniu przypominał Rena, co od razu wróżyło źle. Był blondynem i miał jedno oko zielone, drugie oko czerwone.

- Królu szamanów Yoh... - zaczął powoli Axel

Yoh podniósł rękę, na znak by Axel dał mu coś powiedzieć. Chłopak spojrzał na niego z ukosa.

- Jesteś pewien? - zapytał - Gdy wypowiesz te słowa, będę zmuszony zareagować a nie wiem, jak zareaguję. Wierz mi, można przy tym zwariować, widzę wszystko, co się wydarzy i może się wydarzyć.

- Jestem tego absolutnie pewien - padła odpowiedź- Byłem tego pewien już wtedy, gdy Hao omalże mnie nie zabił. Nie wiedziałem jedynie, że to nie on zostanie Królem Szamanów

- Poniekąd... - przyznał Yoh- Ale w jednej z możliwości...

- Wiem, czego chcę, ale nie mogę tego osiągnąć - odpowiedział Axel- Ty możesz osiągnąć wszystko, ale nie wiesz, czego chcesz. W ten sposób pozbędziemy się swych słabości i osiągniemy nagrodę.

Yoh zrobił kilka kroków do przodu i stanął na piasku, by poczuć się lepiej. Mimo wszystkiego, nigdy nie czuł się pewnie chodząc po wodzie.

- A czego chcesz? - zapytał.

- Turniej się skończył, ale szamani mają wiele do zrobienia. Poza tą częścią ideologii Hao, która była zwykłym faszyzmem na poziomie niedorozwiniętego skinheada, miał on po części racje. Ludzie w każdej chwili mogą zdewastować tą planetę, spójrz zresztą.

Za plecami Axela pojawił się duch. Był tak wielki jak ogromny Bason Rena, co znowu źle wróżyło. Był wieloma kamieniami i skałami. Widać było też żelazo zespawane ze sobą oraz także zastygłą lawę. Z jego pleców wyrastały dwie metalowe niby-wyrzutnie.

- To jest to, co za sprawą ludzi powstało z boga wulkanów, Yoh- powiedział Axel- Oto duch Nuklearnej Apokalipsy!

Yoh milczał. Bał się, że wiedział, jak ta rozmowa się potoczy.

- Świat się zmienia i to w każdej chwili. A razem z nim, zmienia się świat duchów. Widzisz przyszłość, Królu Szamanów, to może wiesz, jak będzie wyglądało szamaństwo za 500 lat?

- Zmiany napierają tempa- odpowiedział Yoh- Technologia przestanie być zrozumiana i stanie się magią. I tak powstaną nowe duchy...

- Ludzie muszą się dowiedzieć - kontynuował Axel- Ludzie muszą się dowiedzieć o istnieniu szamaństwa. Trzeba otworzyć im oczy, albo unicestwią samych siebie z powodu swej niewiedzy. Trzeba wyzwolić w nich naprawdę głęboką empatię, która pozwala widzieć świat duchów, żeby zdaliby sobie sprawę z tego, co czynią. A ty jesteś jedynym, który może to zrobić.

- Władza deprawuje... - powiedział Yoh z smutkiem- A władza absolutna deprawuje absolutnie. Ogrom mej mocy mnie prześladuje, boję się, że stanę się następnym Hao...

Axel spojrzał na Yoh i uśmiechnął się. Yoh zauważył ten uśmiech i poczuł nadzieję. Być może on i ten chłopak, dwaj osoby, które nigdy się nie spotkały i być może nigdy się nie spotkają, nawzajem sprowadzą siebie na właściwą drogę.

- Myślę, że to ostatnie, co ci grozi, Yoh - powiedział Axel- Hao pobłądził, bo szukał w ludzi nie tego, co należy w nich szukać.

- Wiem...

- Obsesyjnie szukał w nich zła, a powinien szukać w nich dobra.

- To jak X-Laws...

- Dokładnie - przyznał blondyn- Ale ty też jesteś głupcem, bo zwyczajnie nie masz jaj, by narzucić swoją wolę światu.

- No wiesz...

- Dlatego musimy zakończyć to raz na zawsze, Królu Szamanów

Axel wyciągnął rękę do góry ukazując swoją bransoletę, zrobioną z metalu. Oraz drugą, zrobioną z skały wulkanicznej. Obydwie były połączone łańcuchem, który biegł za plecami Axela i był dość długi, by chłopak mógł swobodnie ruszać rękoma. Jego duch stróż dotknął obydwie bransolety i zjednoczył się z nimi, dzięki czemu Axel mógł stworzyć czarny pancerz z kolcami obejmujący w całości jego ręce.

- Pomysłowe - przyznał Yoh.

- Na Hao to też zrobiło niezłe wrażenie - powiedział szaman z dumą w głosie- A teraz Yoh, Królu Szamanów, wyzywam cię.

Nadszedł moment decyzji dla Yoh. Mógłby przyjąć, lub odrzucić wyzwanie. Przyjęcie wyzwania byłoby groźne dla obydwóch. Yoh, po pokonaniu, jeśli można było tak to nazwać, Hao i staniu się Królem Szamanów z nikim nie walczył. Nie czuł jeszcze własnej przewagi nad innymi szamanami i obawiał się, że jest ona zbyt wielka. Ale odrzucenie nie wchodziło jednak w grę, teraz już wiedział, że i on i ten chłopak potrzebowali tej walki.

- Dobrze- odpowiedział Yoh- Amidamaru!

Axel bał się. Choć nie dawał tego po sobie poznać, bał się tej walki. Yoh był Królem Szamanów. Wiedział, że sam jest świetnym szamanem, ale to Yoh pokonał Hao, a Hao pokonał jego.

Ale gdy Yoh przyjął wyzwanie, coś się zmieniło w obydwóch szamanach. Przestało się liczyć dla nich wszystko, własne możliwości, własne ograniczenia. Liczyła się tylko walka i tylko ona mogła pozwolić im poznać samych siebie. A walka toczy się na wielu płaszczyznach.

Na płaszczyźnie ciał, Yoh i Axel byli najbardziej sobie równi. Yoh trenował swe ciało, nawet po turnieju. Axel, mimo spędzenia trzech lat w szpitalu pozbawiony możliwości ruchu, miał ciało zahartowane w ogniu.

Na płaszczyźnie umysłów Yoh był morzem, morzem spokojnym, czystym i przeogromnym, z siła niszczącą brzegi. Axel był niczym skała, najtwardsza ze skał, z niepowstrzymanym uporem i przed niczym się nie cofająca, nacierająca przed siebie skupiona w jednym punkcie.

Na płaszczyźnie duchów, Yoh miał przewagę, miał Króla Duchów. Jednakże nie chciał go używać w tej walce i polegał wyłącznie na mocy Amidamaru, przez co Axel miał szanse mu dorównać.

Na płaszczyźnie umiejętności, to Axel był górą. Yoh mógł być Królem, ale szamaństwo jest dziedziną zbyt złożoną, by nawet on był w stanie ją ogarnąć. A Axel znał kilka sztuczek.

Na płaszczyźnie serc, żaden nie mierzył wysoko. Nikt nie pragnął wygranej, chodziło tylko o to by walczyć.

Axel nie był lepszy od żadnego z przyjaciół Yoh. W sumie żadne z przyjaciół Yoh nie był lepszy od drugiego, nawet Yoh nie był lepszy. Każdy był inny.

Słońce zaszło, niebo pokryło się gwiazdami. Wiatr powoli zmieniał kierunek i zaczął wiać od lądu zmieniając kierunek fal i zaczynając odpływ.

Walka trwała.

Yoh stal przed Axelem z wyciągniętym mieczem trzymanym spokojnie. Złoty blask otaczający ostrze jego miecza był jednolity. Moc nie należała do Króla Duchów, ale do Yoh, była to jego własna siła.

Axel stał przed Yoh z pięściami trzymanymi luźno. Siła przepływająca przez jego opancerzone ramiona była ogromna, ale całkowicie ujarzmiona.

Walka toczyła się na wielu płaszczyznach, ale nie na płaszczyźnie siły. Jeszcze nie. NA razie każdy formował swą moc by być w stanie zadać ten jeden cios.

W końcu byli gotowi.

Yoh pobiegł z szybkością huraganu wykonując swe cięcie z góry. Szybkość huraganu to było dobre słowo, tak szybki Yoh był głośny niczym huragan. Jego miecz mógłby przeciąć Słońce.

Axel też był równie szybki. Jego czarne pięści, naładowane siłą całego arsenału nuklearnego na świecie, zostały wyrzucone przez niego przed siebie całą masą swego ciała.

Huragan było słychać wiele kilometrów od miejsca walki.

Axel leżał na ziemi a Yoh stał. Yoh podszedł do przeciwnika i wyciągnął rękę, by pomóc mu wstać. Axel spojrzał z dołu na Yoh i na jego dłoń. A następnie ją odtrącił i wstał o własnych siłach.

- Sam jestem w stanie stać- powiedział dysząc.

Yoh uśmiechnął się w typowy dla siebie sposób. Ale potem spoważniał.

- Nie stworzę takiego raju na ziemi, by wszyscy byli zadowoleni- powiedział- Nie można tego zrobić...

- No cóż, Eden też się spieprzył...

- Ale ludzie są w stanie wspólnymi siłami tworzyć raj, czynić świat coraz lepszy.

- Ta, byle do przodu, ważne jest by gonić króliczka i tak dalej... - zgodził się Axel.

A następnie upadł na ziemię. Yoh szybko przykucnął obok niego i wyciągnął rękę, wzywając jedną z mocy Króla Duchów, moc uzdrawiania.

- Nie...- szepnął Axel- Nie chcę.

- Ale...

- Kiedy Hao mnie pokonał, nie byłem wściekły. Byłem wściekły kiedy okazało się, że mnie nie zabije. Jestem... Chcę być wojownikiem. I jeżeli nie mogę być niepokonanym, to niech przynajmniej zginę w walce z niepokonanym...

- Ja nie chcę cię zabić!- krzyknął Yoh.

- Nie wszystkich obchodzą twe zachcianki...- szepnął Axel ciszej a następnie zaczął kasłać- Z resztą, nie ty mnie zabiłeś, tylko walka... Nie odzyskałem pełni sił po walce z Hao, ten wysiłek był dla mnie...

Yoh spojrzał na Amidamaru szukając u niego wsparcia. Samuraj tylko kiwnął głową, na znak że Axel ma rację.

- Yoh, wrzuć me ciało do wulkanu...- powiedział Axel- W chodzie i podzięce mojemu duchowi-stróżowi... W końcu... Moja droga...

Zamilkł. Yoh przymknął palcami oczy Axela i wstał.






- Rozumiem...- powiedział spokojnie- Chyba rozumiem cię... I dziękuję za to, czego mnie nauczyłeś.

Soul Eater Wreszcie cię rozgryzłem

Autor: VictoriaPyrrhi


Jest tak nieznośnie pewna siebie. Jeśli Soul ma być szczery sam ze sobą, przyznaje, że to był jeden z najważniejszych powodów, przez które zgodził się być jej partnerem. Częściowo ponieważ tak, słuchała muzyki, którą grał, i podobała jej się, ba, nawet stwierdziła, że jest super. Ale także dlatego, że go znalazła. Zaczęła rozmowę, uśmiechając się szeroko i będąc pewną, kim jest i czego chce. Jego. Nie jest i nigdy nie był przyzwyczajony do bycia tym, którego ktokolwiek chce, do ludzi zbliżających się do niego z taką absolutną pewnością siebie i zdecydowanie nie jest przyzwyczajony do jej zupełnego braku arogancji.

Więc uśmiecha się krzywo, emanując swoją markową pewnością siebie, ponieważ będą obłędni razem i odpowiada:

- Tak.

Dopiero później, już po rozpoczęciu szkolenia, zdaje sobie sprawę z tego, że jest o wiele bardziej skomplikowana, niż sugerowałaby to jej przepełniona pewnością siebie powierzchowność. Jest śmiała, zapalczywa, zawzięta i niemożliwie uparta. To irytujące, bo przecież nie zawsze ma rację, chociaż ma ją częściej, niż jej nie ma. Oraz frustrujące, gdyż dorastała w świecie Mistrzów i Broni, Panów Śmierci i jaj Kishina, a on wciąż popełnia błędy, starając się dopasować do siebie wszystkie kawałki tej dziwnej rzeczywistości. Zniechęca się i zastanawia więcej niż jednokrotnie, czy tutaj nie będzie miał gorzej, niż gdyby został wtedy z rodziną w przyszłości (którą mógłby mieć/której mógłby nie mieć) i starał się ignorować oczywiste fakty tak mocno, jak tylko potrafił,. A prawda była taka, że miał tendencję do dźgania ścian kosą (którą był) za każdym razem, kiedy Wes go wkurzył. Okres dojrzewania byłby w jego przypadku niczym innym jak koszmarnym bałaganem, pełnym podartych prześcieradeł i rozprutych materacy. Wydaje mu się, że być może ta cała zabawa w zbieranie duszy po prostu nie jest dla niego i wyniesie się stąd, kiedy tylko nauczy się, jak nie kiełkować przypadkowo ostrzami. Ale wtedy Maka zatrzymuje go na korytarzu pewnego dnia po szczególnie męczącym okresie nauki.

- Soul - zaczyna, a jej głos drażni jego nerwy, które i tak są już w strzępkach. Rzuca jej gniewne spojrzenie, a ona uśmiecha się do niego szeroko i bezpretensjonalnie, i jest to uśmiech podobny do tego pierwszego, którym go obdarowała tak dawno temu. - Wspaniale sobie radzisz! - Chce jej powiedzieć, że gada głupoty, a on nie mógłby być gorszy, ale w jej głosie nie ma ani śladu sarkazmu czy szyderstwa. - Mówię ci, staniemy się Kosą Śmierci już niedługo!

To znowu ta sama pewność siebie, a on coś czuje, taką drobną sensację w dołku. Podniecenie, nadzieję. Zostaje, uczy się, a kiedy się potyka, ona zawsze jest przy nim, pomaga mu się podnieść i stawia go na nogi, wytrwale popychając do przodu i do przodu.

Przez chwilę jest pewien, że już doskonale ją rozumie. Potrafi czytać z Maki jak z otwartej książki i śmieje się, kiedy Black*Star ma problemy z dogadaniem się z Tsubaki. Soul jest przekonany, że te problemy są już daleko za nimi, ale wtedy nagle zaczyna się cała ta sprawa z rozwodem, przez co wszystko się burzy, zupełnie jakby ktoś wrzucił bombę do jego doskonale uporządkowanego świata. Kończy się na tym, że on jedyny zostaje z Maką, której matka odeszła, a ojciec zraził córkę do siebie. Zostaje, żeby pozbierać emocjonalne odłamki, zszyć rany niczym chirurg i poskładać swojego Mistrza do kupy. Początkowo robi to, bo nie ma pojęcia, co innego mógłby zrobić. Ona jest jego Mistrzem, a on nie może jej tak zwyczajnie zostawić. Przeraża go bycie potrzebnym komuś, bycie osobą, na której tak mocno się polega, nawet jeśli Maka nigdy głośno się do tego nie przyzna. Ale kiedy zastanawia się nad tym, dochodzi do wniosku, że nie różni się to tak bardzo od ich partnerstwa w walce. Zawsze na nim polegała, a on siedzi w tym równie głęboko.

Więc zostaje z nią i stara się poznać tę nową Makę, której pewność siebie zniknęła w ciągu jednej nocy, która popada w nowe skrajności podczas treningów i zrzędzi nieustannie z powodu jego stopni oraz słabości, ponieważ teraz bardziej niż kiedykolwiek ma (oni mają) coś do udowodnienia. Gra mu na nerwach mocniej niż wcześniej, ale jedyną rzeczą, którą Soul jest w stanie doskonale zrozumieć, są właśnie problemy rodzinne. Dlatego słucha jej narzekań i ignoruje szlochanie, które w niektóre noce dochodzi z jej pokoju, ponieważ wie, że i tak by temu zaprzeczyła. Trzyma się blisko niej za każdym razem, kiedy jej ojciec pokazuje swoją wstrętną buźkę. Jest zaledwie nastolatkiem, ale wie, czym jest atak werbalny i stara się nie myśleć o terapeutce, którą kiedyś przysłali do niego rodzice, oraz określeniu „przeniesienie".

Zamiast tego koncentruje wszystkie swoje siły na treningu, ponieważ w tej jednej kwestii pewność siebie Maki pozostaje niezachwiana. I chociaż nie zamierza zmieniać swojego próżniackiego podejścia w przypadku odrabiania pracy domowej, do walki podchodzi z o wiele większą gorliwością. Polują dziko, a on nie może nic poradzić na to, że rozkoszuje się sposobem, w jaki ona go dzierży; silna i pozbawiona wątpliwości. Kiedy zdobywają swoją pierwszą duszę, myśli, że to może być idealna chwila. Maka stoi, dysząc lekko, ale wciąż szeroko się uśmiechając, kiedy Soul wraca do swojej ludzkiej postaci i razem wpatrują się w swoje pierwsze trofeum. Soul połyka ją, mlaszcząc głośno, a ona obserwuje, jakby sparaliżowana znaczeniem tego, co właśnie osiągnęli. Jej wyraz twarzy sprawia, że on sam zaczyna to przeżywać, a co ważniejsze, wciąż widzi drobną iskrę w jej uśmiechu. Dopiero po niemalże miesiącu i wyjątkowo złośliwej utarczce z ojcem ponownie słyszy, jak Maka płacze w swoim pokoju.

Mija prawie rok, zanim ich życie zupełnie się stabilizuje, ale tym razem jest przekonany, że wreszcie naprawdę wyciągnął ją z tego dołka. Mimo wszystkich wysiłków Spirita procedura rozwodowa prawie się zakończyła i mają już wszystkie dziewięćdziesiąt dziewięć dusz. I wtedy natykają się na Blair. Być może, ze względu na wcześniejsze wydarzenia w życiu Maki, Soul nie radzi sobie z sytuacją tak dobrze, jak by mógł, ale ostatnio stawali się coraz bardziej zdesperowani, a ona zaczęła się frustrować w sposób, który nie wróżył nikomu nic dobrego. Jednak nie potrafi się też zmusić do żałowania tego roku, mimo że tak naprawdę go stracili. Wszystko naprawdę dobrze działało (w końcu przyniosło im mnóstwo korzyści) i serio, w obecnej sytuacji, był przekonany, że będzie mu bardziej ufała. Choć mimo wszystko nie może jej obwiniać o taką reakcję.

Ale nie jest jej ojcem. Nigdy nim nie będzie i mówi jej to. Wydaje mu się, że wryje jej się to w pamięć, ponieważ cała jaśnieje i przez chwilę znowu jest tą pewną siebie, śmiałą dziewczyną, która pociągnęła go za sobą. Ale wtedy pojawia się Blair i Blair pozostająca przy życiu, i kolejna cecha Maki pojawia się nagle na pierwszym planie, najczęściej przejawiający się w grzbietach książek, które przechodzą instruktaż miażdżenia ciała na jego czaszce. Naprawdę tego nie łapie (choć ta część jego, która wchodzi w wiek dojrzewania, powoli zaczyna), bo to naprawdę nie jest jego wina, tylko Blair i nie może nic poradzić na to, że Miss Dyniowych Cycków ciągle go napada. Obwinia Spirita o swoje ciągłe migreny (można go w sumie obwiniać o większość rzeczy) i zaczyna się zastanawiać, czy nie jest przypadkiem masochistą, bo myśl o rzuceniu tego wszystkiego w diabły nigdy nie pojawiła się w jego głowie. Może nawet (w najdalszych zakamarkach swojego nastoletniego umysłu) zaczynać mu się podobać sposób, w jaki rzuca w niego książką, a jej twarz czerwieni się, ponieważ wie, jak Maka wygląda, kiedy jest zła. A wygląda zdecydowanie inaczej.

Gdzieś po drodze, pomiędzy grzbietami książek i nocami, podczas których udaje, że nie słyszy jej płaczu nad albumem ze zdjęciami z dzieciństwa (a ona udaje, że nie zauważa opakowania chusteczek i szklanki wody, która w jakiś magiczny sposób pojawiła się przed drzwiami jej pokoju) i sposobu, w jaki jej pewne siebie uśmieszki rozjaśniają jej oczy oraz cały pokój, i jak uczy się, że posiadanie planu jest całkiem niezłym pomysłem, będąc jednocześnie w stanie powiedzieć pieprzyć to i odlecieć w jednej chwili, w pewnym przełomowym momencie zdaje sobie sprawę z tego, że nigdy do końca jej nie rozgryzie. Kiedy tylko myśli, że przejrzał ją już na wylot, coś burzy jego wizję Maki, przez co musi zaczynać od samego początku. Podoba mu się to, że znajduje jej skarpetki upchnięte razem ze swoimi koszulkami i że odnalazł w niej wreszcie dziewczynę, która już nawet nie mrugnie okiem, kiedy on robi pranie i musi poskładać jej majtki. Odkrycie, że Maka tuli się do niego na kanapie, jest w mniejszym stopniu rewelacją, a bardziej kawałkiem układanki, który wreszcie wpada na swoje miejsce.

Gdzieś w międzyczasie, pomiędzy mokrymi pocałunkami i spoconymi ciałami, i trzymaniem się za ręce dla zabawy, i większą ilością grzbietów książek wbijających się w jego czaszkę, Soul stwierdza, że tak naprawdę nie przeszkadza mu, że nigdy nie będzie miał jej całej rozpisanej w szczegółach. Odkrywanie nowych Mak jest niezłą zabawą, wciągającą i, na swój sposób, przygodą samą w sobie. I naprawdę, pod koniec dnia, niezależnie od tego, czy jest jego Mistrzem czy dziewczyną (a tak po prawdzie jest po prostu oboma i nie ma pomiędzy nimi żadnej różnicy), czy jest załamana, skrzywdzona czy też zazdrosna, wciąż jest Maką. Wciąż jest tamtą odważną, pewną siebie dziewczyną, która zaryzykowała wybranie właśnie jego i zawsze popychała go do przodu.

Soul Eater Jestem tu dla ciebie

Autor: ChaosViper


Nigdy nie radziłem sobie zbyt dobrze z dziewczynami. Przyzwyczaiłem się do skrywania braku pewności siebie za grubą fasadą luzackiego zachowania i fałszywej pewności siebie. Nie mam pojęcia, jak się zachować wśród ludzi w ogóle, a rodzaj kobiecy jest szczególnie kłopotliwy. Ale cóż, to już wiesz, prawda? To właśnie z tego powodu mnie wybrałaś. A także dlatego, że (instynktownie) wiedziałaś, jak wspaniały duet stworzymy. Nieważne, czy było to porozumienie dusz czy cokolwiek innego, coś przyciągnęło cię do mnie z powodów, których żadne z nas nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć.

To się nie kalkuluje. Prymus, pragnący zadowolić wszystkich mol książkowy w parze z buntowniczym i wkurzających resztę świata facetem, który już lepiej nadawałby się do gangu motocyklowego i który nie mógłby się już mniej przejmować znaczeniem relacji broń-mistrz? Czasami wydaje mi się, że nawet Black Star i Tsubaki bardziej do siebie pasują.

Ale tobie nie. Widzisz we mnie coś. Coś niewidzialnego, ale wartościowego, co wciąż mi umyka, chociaż jesteśmy razem tak długo, że nie przypominam sobie już żadnego okresu w moim życiu, który byłby pozbawiony twojej obecności. Ile to już czasu? Cztery lata czy może pięć? Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie przypomnieć.

Twoje kucyki i króciutka spódniczka są wciąż tak samo urocze jak zawsze. Być może teraz nawet bardziej, skoro nabrałaś wreszcie porządnych kobiecych kształtów. Pod tym względem czas dobrze się z tobą obszedł.

Ale być może nie miał za wiele do gadania, jeśli chodzi o inne twoje cechy. W kwestii dorosłości i odpowiedzialności jesteś niekwestionowanym mistrzem. Jak w takim razie w tak drobnym ciele może się pomieścić tyle życia i energii? Jednak trzeba ci też przyznać, że zawsze byłaś ode mnie silniejsza; fizycznie i psychicznie. To ty przejmujesz inicjatywę i ty wygrywasz. Ale wciąż zdarza mi się zobaczyć w tobie tamtą małą dziewczynkę, kiedy pozwalasz sobie na opuszczenie gardy, gdy wtulasz się we mnie razem z wszystkimi problemami i zmartwieniami, które niesiesz na swoich delikatnych, szczupłych barkach.

Tak jak tej nocy, kiedy zmarł twój ojciec. Byłaś taka zrozpaczona. W rękach Asury był niczym papierowy tygrys w oku cyklonu - potężna Kosa Śmierci doprowadzona do zagłady podczas ochrony własnej córki. Zdecydowanie nie przewidziałem tego uderzenia i najprawdopodobniej nie zablokowałbym go, choćbym nie wiem, jak się starał. Ochronienie obojga własnym ciałem było posunięciem, którego nigdy nie oczekiwałbym od mojego poprzednika. Nawet Stein stał tam z otwartymi ustami, podczas gdy jego najzdolniejszy partner był wymazywany ze świata przez tego potwora. Nie trwało to nawet dwóch chwil.

Nie byłem wtedy w stanie usłyszeć nic poza twoim krzykiem. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek słowo „tatuś" opuściło twoje wargi, poza tymi zbytecznymi i desperackimi krzykami, które wydawałaś z siebie, kiedy ja i Stein walczyliśmy, żeby zaciągnąć cię do miejsca, gdzie nie mogła ci się stać żadna krzywda. Nie wiedziałem, że moje serce ma jakieś czułe struny. Ale tamtej nocy zagrałaś na każdej z nich jak na dobrze nastrojonym instrumencie. I kto tu niby jest genialnym muzykiem?

Stein kazał mi wziąć cię do domu. Nie było to ostatnie starcie z tym demonem, ale nie byłaś w stanie dalej walczyć. Niezależnie od kosztów obiecał sprowadzić ciało twojego ojca do Shibusen. Nie mogłem się z nim kłócić.

Musiałem użyć siły, której posiadania nie byłem nawet świadomy, żeby cię stamtąd wywlec. Kiedy zrozumiałaś, że nie zamierzam tam wracać, przestałaś się wyrywać w tamtym kierunku, obróciłaś się o sto osiemdziesiąt stopni, uczepiając się mnie, jakbym był ostatnią deską ratunku. Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek wcześniej trzymała mnie tak mocno. Kiedy wróciliśmy do mieszkania, moja koszula i dżinsy były całe mokre od twoich łez. Ale nie mogłem się przebrać, bo nie chciałaś mnie puścić.

Nie wiedziałem, jak cię pocieszyć. Jakich słów mógłbym użyć i jakie kroki powziąć, żeby przynieść ci ulgę? Twoja dusza w milczeniu krzyczała do mnie z rozpaczą, a jej głos był głośniejszy niż wszystko, co słyszałem kiedykolwiek wcześniej. Więc zrobiłem jedyną rzecz, jaka zdawała się mieć sens. Po prostu cię objąłem. Nie mogłem nic powiedzieć. Nie mogłem nic zrobić. Ale twoje drobne ramiona i nogi oplatały moje ciało jak bluszcz, a twoje łzy poprzez postrzępioną bluzkę moczyły moją naznaczoną blizną klatkę piersiową, i wtedy trzymanie cię w objęciach wydawało mi się najlepszym rozwiązaniem. Słone łzy drażniły zapomniane dawno temu rany, ale zignorowałem to, ponieważ mój mistrz mnie potrzebował. Czułem, że wciąż będziesz mogła oddychać, jeżeli tylko nie wypuszczę cię ze swoich objęć,?

Jedna tylko myśl galopowała w mojej głowie jak oszalała, kiedy płakałaś: gdzie, do kurwy nędzy, była twoja matka? Dlaczego nie było jej przy tobie, dlaczego cię nie wspierała, nie pocieszała, żeby złagodzić twój ból? Zamiast tego byłaś całkiem sama na wielkim i paskudnym świecie, i musiałaś sobie samodzielnie poradzić z ogromną stratą, a jedynym twoim towarzyszem była bezużyteczna broń, która nie potrafiła ci nawet powiedzieć tego, co potrzebowałaś usłyszeć. Naprawdę zależało ci na ojcu, prawda? Prawdopodobnie bardziej niż jej kiedykolwiek.

Wreszcie ściszone przez moją koszulkę szlochy, w których pojawiało się imię Spirita, zmieniły się w ciągłe wołanie mojego. Przyznaję, zaskoczyło mnie to.

- Soul!… Soul!

- Jestem tutaj.

- N-nie zostawiaj mnie! Nie p-puszczaj mnie! Proszę…

- Trzymam cię.

Najwyraźniej jednak nie trzymałem cię wystarczająco ciasno, ponieważ nasze mitochondria niemalże stopiły się w jedno, kiedy tak nagle przycisnęłaś się do mnie. Oddychanie stało się czynnością drugorzędową, ale usadowiłem się tak, żeby móc wdychać zapach twoich włosów; nie zamierzałem się stamtąd nigdzie ruszyć. Nie, dopóki będziesz mnie potrzebowała.

- Czy… Czy chcesz ją znaleźć? - zapytałem czubek twojej głowy. - Moglibyśmy… Pójść i -

- Nie! - wykrzyknęłaś całą sobą. - Nie obchodzi mnie to! Nie obchodzi mnie! Nie było jej tam dla ojca, kiedy… ani dla mnie! Nie… Nie potrzebuję jej! Nie…

- Maka!

- Taka jest prawda! - odepchnęłaś mnie, żeby spojrzeć na mnie oczami, w których malował się największy ból, jaki kiedykolwiek widziałem. - Nigdy jej tu nie ma! Ojciec to wiedział! Ale zawsze… zawsze starał się… mną opiekować. Dlaczego ja nie…? Soul, teraz nigdy nie będę mogła mu powiedzieć…!

- Wystarczy!

Nie wiedziałem, co mam robić. Przy całym tym bólu nie miałem pojęcia, jak postępować. Nie mogłem go uśmierzyć, nie byłem wystarczająco silny. Nie mogłem też cofnąć czasu. Ale mogłem być tam dla ciebie. Mogłem dać ci bliskość, której tak pragnęłaś, i pomóc ci w ten sposób poradzić sobie z tym, co się wydarzyło. Nie zamierzałem cię całować. Ale jednak moje usta dotykające twoich dały ci chwilę wolną od całego tego cierpienia, delikatnie zapewniając cię, że tak, jestem tutaj. Nie odstąpię od ciebie. I nie mogłem się powstrzymać, ponieważ cię kocham. Wiedziałaś to, no nie?

Poczułem na policzkach gorące łzy, które nie należały do mnie. Zbierały się w miejscu, gdzie spotkały się nasze usta, ale zignorowałem ich słony smak, przyciągając cię bliżej. Moje ramiona objęły twoje drobne ciało i stworzyły klatkę, jak miałem nadzieję, ciepła i siły, które mogły przegonić ciemność. Nie zasługujesz na żadne złe uczucia. Nigdy nie zasługiwałaś. Czy widzisz, jak mocne jest to, co do ciebie czuję? To, co powoduje, że zawsze chcę cię chronić? Mam taką nadzieję, ponieważ nic się nie zmieniło.

Słowa, które wypowiedziałem później, nadal są prawdą.

- Zostanę przy tobie tak długo, jak długo będziesz chciała płakać. Ale nie waż się powiedzieć czegokolwiek złego o sobie, ponieważ cokolwiek by to było, nie byłoby prawdą. Nie masz cię czego wstydzić, Maka. Twój ojciec wiedział, jak bardzo go kochałaś. Uwierz swojemu staremu przynajmniej w tej kwestii. Był Kosą Śmierci. Spraw, że jego poświęcenie będzie coś znaczyło. Nigdy cię nie zostawię. Będę przy tobie, dopóki będziesz mnie potrzebowała. A później, kiedy stwierdzisz, że masz dość, będziesz mogła -

- Soul…

To ty zainicjowałaś nasz następny pocałunek. Ten był pełen ciepła i wstrząsnął mną od stóp, po końcówki nieporządnych włosów. Dotrzymałem obietnicy, nigdy nie odszedłem. Ale naprawdę jesteś ode mnie silniejsza. Ja nigdy nie miałem na to nawet najmniejszej szansy.

Jesteś moim mistrzem, moim partnerem, a niedługo po tamtym pocałunku stałaś się także moją kochanką. Jestem twoją bronią i chronię cię przed demonami, zarówno realnymi, jak i tymi istniejącymi tylko w twojej głowie. Chcę ci dostarczyć wszelkiej siły, jakiej potrzebujesz, żeby stanąć twarzą w twarz z wyzwaniami życia, nieważne, czy będziesz potrzebowała mojego ostrza w swojej dłoni czy mojego ramienia, żeby mieć o co oprzeć swoją śliczną główkę. Póki oddycham, nigdy nie będziesz sama. Skopiesz Kishinowi tyłek, jak zawsze to robiłaś, a ja będę twoim środkiem do celu, którym jest zwycięstwo.

Jesteś Maką Alban, obecnie mistrzem z trzema gwiazdkami. Dzierżysz władzę nad wspaniałą Kosą Śmierci. I nadal jesteś jedyną dziewczyną, która mnie rozumie.

Soul Eater Kocham Cię Żywego

Author: LadyMarita


Pogoda była wprost bajeczna- słońce nie grzało zbyt mocno, rzucając przyjazne, ciepłe światło, bezchmurne niebo o jasnoniebieskim odcieniu nie dawało żadnych szans na deszcz, zaś delikatny wietrzyk wiał nieznacznie, dając przyjemny chłód.

Maka stała w oknie swojego pokoju przyglądając się ludziom, których ładny dzień wywabił na ulice. Sama dołączyłaby się do grona spacerowiczów, ale była zbyt zmęczona by normalnie ustać na nogach. Godzinę temu wróciła z całonocnej misji, co skutkowało tępym bólem głowy i przemożną chęcią pójścia spać. Jednakże wiedziała, że nawet gdyby się położyła nie zmrużyłaby oka- dalej była zdenerwowana po kolejnym, jakże inteligentnym akcie odwagi (a może raczej głupoty) Soula, który prawie zakończył się jego śmiercią, a przynajmniej kilkudniowym pobytem w szpitalu. Wolała nie myśleć co by było gdyby w porę go nie powstrzymała...

Teraz chłopak głęboko spał, w dodatku na jej łóżku, kompletnie nie przejmując się stresem jaki wywołał u swojej partnerki- w obu tego słowa znaczeniach. Dziewczyna westchnęła i usiadła koło niego. Czule przeczesała mu włosy ręką.

-Idioto- szepnęła drżącym głosem- tak się o ciebie bałam... Pewnie nawet nie wiesz jak bardzo. Po co to zrobiłeś? Żeby się przede mną popisać? Kocham cię żywego i rozsądnego, a nie martwego i rzucającego się na znacznie silniejszego przeciwnika.

Nagle Soul podniósł się do pozycji pionowej i gestem pełnym miłości przytulił się do niej.

-Ty nie śpisz?- Maka aż podskoczyła i zrobiła się cała czerwona. Wyglądała tak uroczo... Soul nie mógł się powstrzymać i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.

-Ja też cię kocham- przyciągnął ją mocniej do siebie.

-Dobra, dobra, jeśli myślisz, że przestałam się na ciebie złościć to się grubo mylisz- burknęła, ale głośno bijące serce mówiło samo za siebie.