wtorek, 9 lipca 2013

Fullmetal Alchemist Mutacja

Author: Filigranka

— Porozmawiajmy.

Sądząc z miny Scara, to była ostatnia rzecz, jaką spodziewał się usłyszeć w więzieniu. Zwłaszcza od Kimbleya, który to właśnie stał przed nim – nie grożąc, a proponując rozmowę. Ishvarczyk najwyraźniej nie dowierzał jego intencjom. Na twarzy nie drgnął mu nawet mięsień, ale oczy ociupinkę się rozszerzyły, tylko na sekundę... Te niezwykłe, niezwykłe oczy.

Oczy majora Miles, jedynie półkrwi Ishvarczyka, miały inny odcień, bardziej przygaszony, przypominający dawno zaschłą krew. Czerwień oczu Scara była żywa, jasna – jak karmazynowe kamyki ukryte w ciele Solfa.

Więzy stanowiły jedyne „okrycie" jeńca; „ozdabiały" go, starannie założone, od stóp do głów. Surowy klimat północy sprawiał, że także w środku twierdzy Briggs panował chłód. Nie było aż tak źle jak na zewnątrz, ale nadal trudno było wytrzymać bez kilku warstw ubrań. Scarowi nie groziło szybkie zamarznięcie, lecz niewątpliwie odczuwał silny dyskomfort – pomieszczenie Kimbleyowi wydawało się co najmniej chłodne, a on był ubrany w swoją marynarkę i szal. Więźniowi musiało być lodowato, zwłaszcza, że przywiązano go do metalowego krzesła, dodatkowo „wyciągającego" ciepło, szczypiącego i niemal palącego zimnem.

Zwykle Solf nie byłby zainteresowany akurat taką torturą, Scar był wszakże wyjątkowo inspirujący... Aczkolwiek alchemik musiał przyznać, że tak naprawdę za jego pomysłowością kryła się, przynajmniej częściowo, chęć zobaczenia Ishvarczyka nago. Nie chodziło o pożądanie czy poniżenie – raczej o zwykłą ciekawość. Na ciele Scara nie było wielu blizn, poza tą, od której brał się jego przydomek, niedawno ranionego ramienia i jeszcze tylko jednego ciągu szwów powyżej tatuaży, w miejscu, gdzie zaczynała się kończyna jego brata. Poza tymi drobiazgami ciało więźnia pozostawało gładkie, doskonale umięśnione, wyszlifowane, silne. Scar przekuł samego siebie w broń.

Kimbley powinien się chyba przyznać również do pożądania.

— Sporo ostatnio myślałem — mruknął nagle. — O ewolucji.

Niedawno uciął sobie podobną pogawędkę z Edwardem Elrikirem. Wówczas mówił o ludziach i homunculusach – teraz, przy Scarze, zamierzał rozważyć nieco inny aspekt sprawy.

Uniósł stopę, dotykając krawędzi krzesła, dokładnie na środku między rozwartymi więzami udami jeńca. Pchnął lekko, leciutko: krzesło pochyliło się do tyłu, ale nie wywróciło. Alchemik chciał, by Scar poczuł ciążenie, zdał sobie sprawę z własnej bezradności, słabości. Ale tamten ani drgnął. Patrzył tylko na Kimbleya, nadal nieporuszony; każdemu jego oddechowi towarzyszył obłoczek pary (!).

— Jako rasa, twój naród przegrał — oznajmił wprost Solf i spostrzegł, jak tamtemu natychmiast napinają się mięśnie. — Wyprzedzono was i udowodniono waszą niższość – a wszystko dlatego, że odrzuciliście kolejny etap ewolucji, podczas gdy Amestris przyjęło go z otwartymi ramionami.

Miał na myśli alchemię, oczywiście – tę alchemię, która uczyniła wygranie wojny dziecinną igraszką; tę alchemię, którą Ishvalańczycy ogłosili grzechem.

— Sądziłem, że zabiliśmy was wszystkich — ciągnął Kimbley, cofając stopę i pozwalając, by krzesło opadło na swoje miejsce.

Nagłe szarpnięcie wywołało reakcję, aczkolwiek niewielką: Scar stęknął cicho. Poza tym pozostawał nieporuszony. Solf zaczął go obchodzić naokoło, taksując wzrokiem z każdej perspektywy, w całości.

— A jednak — ciągnął — oto jesteś: jedyny ocalały – i to dzięki alchemii. Wiesz, czym to cię czyni?

Scar milczał, mrużąc nienawistnie oczy. Kimbley, który właśnie zakończył okrążenie i znów stał na wprost niego, uśmiechnął się szeroko.

— Mutacją — zakończył. — Anomalią, zwiastunem zmiany. Jak ryba z nogami.

Zauważył, że ramiona więźnia zatrzęsły się, z zimna czy gniewu, nie umiał powiedzieć. Możliwe, z obu powodów. Widzieć, jak tak silny człowiek drży, było więcej niż przyjemnością.

Solf westchnął, prawie z żalem.

— Właśnie dlatego zabicie cię będzie taką stratą. Ale, niestety, upierasz się przy tej swojej bezsensownej krucjacie. Możesz zabić choćby i każdego Państwowego Alchemika, jakiego znajdziesz – zawsze pojawią się następni. Nie można pokonać ewolucji.

Scar ani drgnął. Kimbley zmarszczył brwi. Zdziwiło go, że więzień nie próbuje dyskutować ani nie wpada w gniew. To było – rozczarowujące, doprawdy; Solfa, jak każdego alchemika, interesowały reakcje.

Te karmazynowe oczy... Kimbley zastanowił się. Może propozycja, która wstrząsnęła Edwardem Elrickiem, podziała też na Scara?

Solf uniósł dłoń do ust i odkaszlnął, cicho, jakby zaschło mu w gardle. Kamień wskoczył mu na język; wyjął klejnot i uniósł tak, by więzień mógł się mu dobrze przyjrzeć. Oczy Scara rozszerzyły się nieco – Kimbley dostrzegł szansę.

— Właśnie to pozwoliło mi zabijać twoich rodaków — szepnął łagodnie, niemal mrucząc. — Czy chciałbyś wykorzystać tę błyskotkę do zabicia – tym razem mnie?

Ishvarczyk milczał, wpatrzony w kamień. Czerwień na czerwieni.

— Odpowiedź brzmi „tak", prawda? — spytał Kimbley, pochylając się nad mężczyzną. — Zrobiłbyś to. Wziąłbyś ten kamień i zabiłbyś mnie, mnie i każdego innego alchemika, którego byś napotkał – i czerpałbyś z tego tyle samo przyjemności, ile ja czerpałem, gdy polowałem na twoich rodaków. Prawda jest taka, że ty i ja jesteśmy tacy sami.

To wreszcie wywołało pewien odzew. Więzień oderwał wzrok od kamienia, przenosząc podejrzliwe spojrzenie na alchemika. Solf prychnął zimnym śmiechem, ponownie połykając klejnot i podchodząc bliżej, znacznie bliżej. Wyciągnął rękę, zaczął gładzić ramię Scara – to dawniej należącego do brata jeńca – i Ishvarczyk w końcu zareagował: szarpnął się w więzach, próbując strząsnąć dłoń Kimbleya.

Daremnie. Tamten nie zwrócił nawet uwagi na te starania.

— Moja alchemia to zniszczenie — stwierdził. — Nie jest twórcą, jestem niszczycielem. To pierwsze nie ma dla mnie żadnego uroku.

Nie był pewien, czy więzień słucha – dotyk zdawał się go całkowicie absorbować. Sprawiał wrażenie rozdartego: palce Solfa były ciepłe (!), a Scar prawdopodobnie dramatycznie potrzebował czegokolwiek, by się ogrzać, ukoić zmarznięte ciało. Kimbley obserwował go, prawie roztkliwiony, przemykając opuszkami po tatuażach więźnia.

— A jednak — dorzucił, ściągając jedną z rękawiczek i pochylając się jeszcze niżej — coś stworzyłem.

Musnął nagą dłonią zniszczoną skórę nad okiem Ishvarczyka, dotykając jego słynnej blizny, po czym mruknął, z czymś, co niemal można byłoby wziąć za czułą dumę:

— Ciebie. Za pomocą całego tego zniszczenia, stworzyłem coś. Jeszcze jedną bestię, taką samą, jak ja... Jeszcze jednego mordercę, jeszcze jednego niszczyciela – i, póki co, to moje najpiękniejsze dzieło.

Przytrzymywał twarz więźnia tak bardzo, bardzo delikatnie. Jego blada skóra odcinała się wyraźnie od ciemnej cery Scara. Zadziwiająco urzekający widok. Solf wyczuwał napięcie więźnia: tamten naprawdę chciał się wyrwać, ale, z drugiej strony, dłoń Kimbley była przyjemnie ciepła.

— Właśnie dlatego nie ma sensu ze mną walczyć — oznajmił gładko alchemik. — Nawet jeśli mnie zabijesz, nadal będę zwycięzcą.

Scar otworzył usta, ale Solf nie pozwolił mu dojść do słowa. Pocałował go, głęboko, przechylając mu głowę do tyłu, raczej badawczo niż namiętnie. Przez kilka sekund więzień był zbyt zaskoczony, by zareagować. Potem, poniewczasie, odpowiedział furią. Szarpnął się w więzach, warknął i ugryzł Kimbleya w język.

Syknąwszy, alchemik wycofał się. Dotknął swoich warg, teraz wilgotnych od krwi i śliny Ishvarczyka.

— Myślałem, że to cię rozgrzeje — zakpił.

Scar w zamian rzucił mu spojrzenie pełne nienawiści. Krew Solfa ubrudziła więźniowi kącik warg, czerwona – jak jego oczy i jak błyskotka, moc, którą z niego drwiono.

Było mu z tym do twarzy.

Kimbley zdjął swój szalik i zaofiarował więźniowi, w parodii wielkoduszności okręcając mu go wokół szyi.

— Miło się z tobą gawędziło — stwierdził, najzupełniej szczerze. — Zajdę tu jeszcze kiedyś.

— Alchemiku.

Po tak uporczywym milczeniu dźwięk wydobywający się ust Scara zdołał niemal zaskoczyć Solfa. Brzmiał głucho, dziko, z tym ochrypłym, gorzkim odcieniem, jaki nadaje ból. Kimbley podniósł wzrok i spojrzał mężczyźnie prosto w oczy – zmrużone.

— Nie zabiję cię.

Kimbley był zaskoczony. Całą sekundę – potem Scar dokończył:

— Zasługujesz na coś znacznie gorszego.

Solf odsunął się niego, śmiejąc cicho. Poprawił kapeluszu i ponownie nałożył rękawiczkę.

— Będę czekał z niecierpliwością.

Hellsing w naszym wydaniu

Author: LolaFan

5 listopada, rok 1939

Chmury niemiłosiernie chłostały Londyn ulewnym deszczem. W ulicę upstrzoną bogatymi kamieniczkami, niedaleko Parlamentu, wjechał czarny Aston. Samochód zatrzymał się przed jednym z domów. Wyszedł z niego mężczyzna, wyglądający na jakieś 20 lat. Miał na sobie prosty garnitur, nie będący niczym szczególnym w stolicy Anglii. Blond włosy miał przyczesane do tyłu, wyglądał na wyluzowanego. Trzymając ręce w kieszeniach i pogwizdując coś pod nosem, podszedł do drzwi i nacisnął dzwonek. Otworzył mu kamerdyner.

-O, sir Arthur Hellsing, pan Winston już pana oczekuje.

-Witaj, Alfredzie.

-Wziąć pańską marynarkę, sir?

-Nie, nie trzeba.

-Może napije się pan herbaty?

-Nie. Jest sprawa nie cierpiąca zwłoki.

Alfredowi wydawało się, że mężczyzna położył wyraźny nacisk na ,,zwłoki''. W dodatku nie chciał herbaty, a już zbliżała się piąta. Nie było się jednak czemu dziwić. Członkowie rodu Hellsing zawsze uchodzili wśród reszty lordów za ekscentrycznych dziwaków. Samego Arthura podejrzewano o to, że posiada sporą bibliotekę na temat okultyzmu. Raz też widziano go ze sporym krucyfiksem zawieszonym na szyi. O ile wzbudzało to dezaprobatę wśród duchownych, sam sir Churchill uważał to za pozytywne cechy. Rozmawiali z Arthurem na najdziwniejsze tematy. Alfred był więc spokojny. W końcu Winston Churchill zawsze wie co robi. Lokaj przeprowadził go przez elegancki salon, w którym Clementine, żona Churchilla czytała właśnie książkę.

-O, witaj Arthurze.

-Dobry wieczór, pani Churchill.

Ukłonił się i pocałował ją w dłoń.

-Mam nadzieję, że masz dla mojego męża dobre wiadomości. Ostatnio jest jakiś znerwicowany.

-Cóż, od 1 września wszyscy jesteśmy trochę podenerwowani.

-Tak. I nie przejmuj się jego stanem. Kazał ci przekazać, że masz wejść do gabinetu, choćby nas bombardowano.

-Skąd mu takie rzeczy przychodzą do głowy?

Gdy Arthur dotarł pod właściwe drzwi, usłyszał niemiecczyznę. Kiedy wszedł do środka, zobaczył otyłego mężczyznę palącego cygaro, opartego o biurko. Churchill słuchał właśnie kolejnego przemówienia Hitlera. Z tego bełkotu Hellsing zrozumiał parę słów.

-…wszystkie próby oporu będą konsekwentnie tłumione i karane. Nie możemy pozwolić, by nas, Trzecią Rzeszę, potomków rasy aryjskiej, znieważała banda nic nie wartych ludzi. Użyjemy wobec nich, oraz każdego naszego wroga, siły, jakiej ten świat jeszcze nie widział!

Przemówienie skończyło się, a w radiu zaczęły brzmieć słowa jakiejś piosenki.

-Denn wir fahren, denn wir fahren. Denn wir fahren gehen Engelleind, Engelleind!

Winston zdenerwowany wyłączył odbiornik.

-Nie cierpię tego utworu. Za każdym razem, gdy to słyszę, rzygać mi się chce. Napijesz się czegoś, Arthurze?

-Nie, będę prowadził.

-Odrobina alkoholu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Ale jak chcesz. To jaką okultystyczną brednię masz mi do przekazania?

-O, czyżby na dobre odezwała się w tobie twa konserwatywna natura?

-Daj spokój. Właśnie tak określają to te hieny z prasy. Ostatnio wspominałeś mi coś o tej całej operacji ,,Weltuntergang''(niem. Apokalipsa). Sile, jakiej jeszcze świat nie widział.

-Otóż drogi Winstonie Trzecia Rzesza zachwala teraz swoją nową broń, Unterwaffe SS. Najmniej znany światu wydział zakonu trupiej czaszki stworzonego przez Himlera. Jak dotąd, oprócz samej nazwy, moim ludziom udało się zdobyć nieco informacji. Siłę swojego największego dotąd osiągnięcia naziści chcą wypróbować na kraju, który pomimo podbicia stawia im skuteczny opór.

-Rozumiem, że masz na myśli Polskę, Arthurze?

-Tak. To właśnie tam mój kapitan, Andrew Welsh zdobył informacje o stworzeniu Unterwaffe i nim samym. Niestety, jak na razie nie zdołał nam przekazać żadnych konkretów. W wyniku zdrady jest zmuszony uciekać.

-Zdrady? Czyżby twoi ludzie nie byli lojalni?

-Nie, ich rzekomy sojusznik okazał się cholernym Volksdeutschem , który łasy na względy nowych władz okupacyjnych wydał ich. Spokojnie, nie jest już problemem. Andrew zdołał mi przekazać, że go sprzątnęli. Zresztą ich zadanie już się skończyło. Problem tkwi już tylko w tym, jak mają dostać się do Anglii. Mam nadzieję, że ich samolot zdąży.

-Jaki samolot?

-Cóż, obecnie znajdują się w stanie ucieczki przed siłami niemieckimi. Oprócz tego sytuacja i tak nie ma się najlepiej. Unterwaffe jest elitarna jednostką, z którą żadna zawodowa i regularna armia jak dotąd nie miała do czynienia, a co dopiero odważny, lecz słabo wyszkolony i uzbrojony ruch oporu. Nieodzownym się stało, że musiałem wysłać tam swojego najlepszego człowieka.

-To kapitan Andrew Welsh nie jest twoim najlepszym człowiekiem, Arthurze? W takim razie kto? Czy ten człowiek jest weteranem wielu wojen partyzanckich i wyszkolonym komandosem?

-Yyyy, nie.

-A zatem posiada specjalistyczne przeszkolenie wojskowe.

-Eeee, też nie.

-Służył w ogóle w wojsku?

-Yyyy, nie.

-Ile w ogóle ma lat?

-12.

Churchill zakrztusił się pitym właśnie whisky.

-Arthurze! Wiesz, że ostatnimi czasy żarty nie są na miejscu!

-Ja nie żartuję. Nie wiedziałem, że aż tak gwałtownie pan zareaguje. Proszę, tu jest jego zdjęcie.

Podał Winstonowi fotografię młodego chłopca.

-Toż to jeszcze dzieciak.

-Za to jaki dzieciak.

-Mogę chociaż wiedzieć, jak się nazywa?

-Walter Cumm Dolloneaz. As Zakonu Rycerskiego Kościoła Anglikańskiego, Organizacji Hellsing.

Pasażerski Junkers sunął z wolna nad morzem chmur. Steward Otto rozpoczął jak zwykle obchód po pokładzie. Pasażerami byli zwykle niemieccy arystokraci, wraz ze swymi przyjaciółmi i żonami, lecący do Głównej Guberni by obejrzeć nową zdobycz Rzeszy. Mężczyzna był zachwycony, że może przebywać w tak wyszukanym towarzystwie. Jednak jego uwagę zwrócił szczególnie jeden pasażer. Był to chłopak, wyglądający na jakieś 12, 13 lat. Siedział rozparty w fotelu, z nogami położonymi na oparciu następnego siedzenia. Miał na sobie czarne spodnie, spod których wystawały proste, czarne buty. Na białą koszulę, przewiązaną pod kołnierzem krawatem, nałożył czarną kamizelkę. Jego twarz była zakryta jakąś gazetą pornograficzną. Otto podszedł do niego wkurzony. Amerykanie…. Gdy zdjął gazetę, zobaczył twarz śpiącego chłopca. Miał czarne, rozwichrzone włosy, a z jego ust wystawał jeszcze tlący się pet. Chłopak otworzył oczy i wyjął papierosa z ust.

-Guten Tag! Czy przekroczyliśmy już granicę Niemiec?

-Granica Niemiec będzie wkrótce sięgać nawet poza to państewko słowiańskiej hołoty.

-Przepraszam, my się chyba nie zrozumieliśmy.-Zaczął mówić powoli, jakby zwracał się do pięciolatka.-Ja się nie pytałem GDZIE jest ta granica, ale CZY JĄ PRZEKROCZYLIŚMY.

-Nie, nie przekroczyliśmy jej młody człowieku. Ale ty widocznie przekroczyłeś granice dobrego wychowania.

Stuknął go zwiniętą gazetą po nogach, wciąż opartych o następny fotel.

-To jest samolot linii Luftwaffe, a nie zgniły, amerykański pub. I weź zrób coś z tą szopą, którą masz na głowie. Łazienka jest w tamtym kierunku.

Wskazał za siebie.

-Odwal się od moich włosów. Do tego obsranego kibla pójdę, jak mi się będzie chciało srać.

Spojrzał mu w oczy zimnym wzrokiem. Mężczyzna aż cofnął się.

-A teraz zabieraj dupę w troki, bo psujesz mi krajobraz.

Otto cofnął się kilka kroków do tyłu, a Walter wstał i skierował się do łazienki. Skręcił jednak w inne drzwi. Otworzył je wytrychem i trafił do luku bagażowego. Podszedł do klapy w podłodze ładowni i odsunął ją.

-Dobra, to gdzie może być ten przełącznik.

Jedną z nici przesunął jakąś wajchę. Blokady przytrzymujące bagaże zwolniły się i wszystkie walizki wyleciały przez otworzony przez niego właz.

-Ups. Zdaje się, że baron Helmut von Bimberstein nie pochwali się Hansowi Frankowi swoją kolekcją bawarskich kufli. Cóż, wojna niesie ze sobą straty.

Wyskoczył i zaczął z dużą prędkością spadać w dół. Widząc szybko zbliżający się grunt, wyciągnął nici. Gdy wleciał między drzewa, zaczepił nimi o gałęzie. Zatrzymał się jakieś dwa metry nad ziemią. Było blisko. Nagle usłyszał jakiś trzask. Spojrzał w górę i zobaczył, że gałąź, na której się zawiesił, pęka. No to pięknie... Wylądował ciężko na ziemi, wznosząc chmurkę opadłych liści. Otrzepał się i poprawił krawat. Muszę nad tym popracować. W Anglii musiałem to robić w chmurach burzowych. Tutaj powietrze jest bardziej przejrzyste, lepiej widać ziemię. Piękny kraj. Wyciągnął z kieszeni kompas i postawił go na ziemi. Powinienem być gdzieś w małej Polsce, czy jak to tam było. Dwadzieścia kilometrów od lotniska. Schował kompas i zaczął biec w odpowiednim kierunku. Przydałoby się spytać o drogę. Nagle usłyszał silniki samochodów. Czyżby jakiś konwój?

Na polanę wjechały dwie ciężarówki. Z pierwszej wysypali się umundurowani SS mani. Z drugiej wywleczono grupę młodych ludzi, pewnie studentów. Zawleczono ich nad wykopany wcześniej dół i kazano nad nim uklęknąć z rękoma na karku. Za nimi stanęli SS mani z pistoletami maszynowymi. Jedna z dziewczyn odezwała się.

-Taka to jesteście zachodnia cywilizacja-wywozicie bezbronnych ludzi w las, strzał w głowę i po krzyku. Już nikt nie będzie mądrzejszy od was.

Została mocno uderzona kolbą w plecy. Jakiś chłopak również zaprotestował.

-Z dziewczynami to łatwiej, co nie?!

Również dostał kolbą. Z boku stanął oficer SS, wyróżniający się swoim płaszczem.

-Zaczynacie denerwować mnie, Schweine Hunde. Jesteście jak wszyscy cholerni Polacy-mocni tylko w gębie. Myślicie, że jak będziecie się organizować w grupki z jednym karabinem i trzema nabojami na dziesięciu ludzi to już jesteście w stanie walczyć z Waffen SS?

-Polacy będą walczyć, choćby mieli was udusić gołymi rękoma.

-Niech wam będzie. Z gołymi rękoma będziecie walczyć, z gołymi rękoma będziecie ginąć.

Skinął na podwładnych, którzy załadowali i odbezpieczyli broń.

-Eins, zwei, dr…

-Przepraszam, wiedzą państwo, jak dojść do…

-Was?

Oficer zdumiony odwrócił się i zobaczył młodego chłopca, ubranego w białą koszulę oraz czarne buty, spodnie i kamizelkę. Pod kołnierzem miał zawiązany krawat.

-Nie, herr kommendant, zwracam się do tej grupy polskiej młodzieży.

Mężczyzna zbliżył się do niego, z rękoma założonymi z tyłu.

-To nie młodzież, a jeńcy, którzy za chwilę zostaną rozstrzelani za działalność przestępczą.

-Acha, czyli zbiorowe egzekucje to przejaw humanitaryzmu niemieckiej armii?

-Stół pysk, dziwolągu! Zastrzelić!

Niemcy zaczęli strzelać w jego kierunku, on zaś zaczął robić uniki, jednocześnie wyrzucając niewidocznie swoje nici. Zarówno studenci jak i naziści patrzyli na to oniemiali. Gdy ostrzał skończył się, Walter pociągnął za nici, rozcinając żołnierzy. Zostawił jedynie oficera, którzy przerażony zaczął się cofać. Wpadł jednak do dołu, przygotowanego dla jego jeńców.

-Proszę! Nie zabijaj mnie!

Chłopak oplótł go nićmi i pociągnął, kończąc jego żywot. Odwrócił się do studentów, którzy byli ochlapani krwią SS manów.

-Przepraszam , że was…

Ci zerwali się jak oparzeni i zaczęli przed nim uciekać.

-Hej! Co z was za ruch oporu?! Ja jestem z wami! Ten dobry!

Pomimo jego wyjaśnień nie zatrzymali się. Zrezygnowany oplótł nicią kostkę jednego z mężczyzn i lekko pociągnął, przewracając go. Podszedł do niego, a reszta zatrzymała się paręnaście metrów dalej. Ten zaczął się już powoli wycofywać.

-N-n-nie z-z-zabijaj mnie! Proszę!

-Nie mam…

-Aaaaaaa!

-Przepraszam.

-Za…

Nie skończył, gdyż został uderzony przez chłopca z liścia.

-Spokój!

Na polanie zapadła głucha cisza.

-No, tak lepiej. Słuchajcie, nie mam zamiaru nikogo z was zabijać. Jestem po waszej stronie i chcę się was tylko o coś zapytać. Którędy można dojść do najbliższego lotniska?

Mężczyzna wskazał palem w określonym kierunku.
Wiejską drogą jechała kolumna samochodów złożona z Kublewagena oraz jadących za nim dwóch Opli Blitz. W samochodzie siedział oberleutant Gunter Baum. Zmierzali w kierunku pobliskiego lotniska, zajętego przez dywersantów. Podporucznik był bardzo podekscytowany.

-Przypuszczałeś Schulz, że coś poważnego się wydarzy? Jak dotąd tylko bawiliśmy się z jakimiś gówniarzami z pukawkami zamiast broni a teraz-dywersanci. Poszczęściło się nam, nieprawdaż, Schulz? Schulz?

-Herr oberleutant, jakiś dziwoląg na drodze.

-Jaki znów dziwoląg?

Faktycznie. Na środku drogi stał młody, dziwne wyglądający chłopiec. Miał uniesioną rękę, jakby coś trzymał.

-Macha nam, czy…

Nie skończył. Przez szybę samochodu przeszła linka, która zdekapitowała Guntera i Schulza. Następnie nitka lekkim muśnięciem przecięła stal i plandeki obu ciężarówek oraz znajdujących się w nich ludzi. Dachy odpadły, a z samochodów trysnęła fontanna krwi. Auta, pozbawione kierowców, stoczyły się bezwładnie z drogi. Walter jedynie westchnął. Sądząc po ilości wojska jadą pewnie w kierunku obleganego lotniska. Andrew musiał nieźle dać im w kość, skoro wysłali na niego tylu SS manów. Nie ma co zwlekać, ruszam. Może był na tyle dobry, żeby mi coś zostawić?

Na schodach wieży kontroli lotów usypane były wały piasku. Za nimi leżeli agenci Hellsinga, ostrzeliwując się zawzięcie z Niemcami. Byli ubrani jak brytyjscy spadochroniarze. Odróżniały ich jedynie symbole na ramionach. Wszyscy mieli na głowach hełmy, jedynie dowódca nosił czerwony beret. Spod niego wystawały krótkie blond włosy. Mężczyzna jak gdyby nigdy nic palił cygaro. Był to Andrew Welsh. Co chwila wychylał się zza okopu, soczystymi seriami z Thompsona kosząc atakujących ich Niemców. W przerwach między seriami porozumiewał się z resztą zespołu.

-Barney! Jak długo mamy czekać na ten pieprzony samolot?!

Telegrafista ukryty za drzwiami wierzy wychylił się nieco.

-Nie wiem sir! Powinien być tu już jakieś 40 minut temu! Wciąż próbuję nawiązać łączność.

-Panowie, mam ostatni magazynek. Jak u was?

-Dwa!

-Trzy!

-Jeden!

-Dwa!

-Zostały mi już tylko dwa do kolta!

-Dobra, strzelamy teraz tylko na pewniaka! Nie marnować amunicji! Hey, Jonsey, masz jeszcze trochę whisky?

Wspomniany mężczyzna wyjął piersiówkę i wstrząsnął nią.

-Jeszcze trochę jest!

-Dobra! Każdy po łyku!

Żołnierze zaczęli podawać sobie po kolei ,,znak pokoju''. Kiedy ostatni już miał zaczerpnąć łyka nagle jakiś pocisk przedziurawił piersiówkę.

-Oż wy szkopy!

Wychylił się i zaczął strzelać.

-Stan! Co ty do cholery wyrabiasz?! Mówiłem: krótkie serie! Oszczędzaj naboje!

Wtem nadjechał Kublewagen z wmontowanym karabinem stacjonarnym.

-Padnij!

Jeden z żołnierzy nie posłuchał rozkazu. Wyjął zawleczkę z granatu i rzucił nią w kierunku auta. Dało słyszeć się huk i samochód magicznie zniknął.

-Jerry, wisisz mi 100 funtów!

-Coś ty powiedział Mike?!

-Założyliśmy się wczoraj, ze jednym takim granatem można rozwalić auto!

Wtedy odezwał się dowódca.

-Bardzo fajnie! Problem w tym, że rozwaliłeś go OSTATNIM!

Wtedy nadjechały kolejne wozy.

-Dobra, ma ktoś jeszcze amunicję?!

Żołnierze pokręcili głowami.

-Dobra. Może i nie mamy naboi, ale żywcem nas nie wezmą!

Wyjął bagnet.

-Czekajta no!

Nagle nadjeżdżającym konwojem wstrząsnął potężny wybuch. Między oniemiałymi Niemcami wylądowała młoda dziewczyna, wyglądając na jakieś 12-13 lat, trzymająca w ręku dwa sztylety sai(japońskie sztylety). Była ubrana w szarą, odsłaniającą brzuch koszulkę na ramiączkach i czarne rybaczki, przewiązane paskiem. Jego klamra miała kształt gwiazdy Dawida, tak samo wisiorek na szyi dziewczyny. Na rękach miała siateczkowe rękawiczki bez palców, sięgające do łokcia, oraz dwie srebrne bransolety na nadgarstkach. Rude włosy posplatane w długie warkoczyki tuż przy głowie związane miała z tyłu. Jedynie dwa wisiały luźno po bokach je twarzy. Zielone oczy otoczone były tatuażem, przypominającym skrzydła. Na nogach miała buty podobne do glanów, z otworami na palce i pięty. Zaczęła masakrować ich, tnąc na równe kawałki. Welsh nigdy nie widział czegoś takiego. Pomimo całej tej agresji poruszała się z kocią gracją. Wyglądało to jak jakiś krwawy balet. Kilku stojących dalej już miało strzelać, lecz ona schowała sztylety i z pokrowców na udach wyjęła kilka noży, które błyskawicznie wylądowały w klatkach piersiowych wrogów. To byli ostatni. Dziewczyna podeszła do Niemców, wyjmując im swoje noże. Wyprostowała się i pokazała gestem, że już mogą wychodzić. Żołnierze odetchnęli z ulgą. Kilku wyjęło papierosy i zapaliło je w milczeniu. Andrew zaś podszedł do ich wybawicielki. Noże, które rzuciła, były zakrwawione, lecz o dziwo na saiach nie było najmniejszej plamki. Bardzo go to zaintrygowało.

-Co tak długo, Noemi?

Nie przestając czyścić noży z krwi, odpowiedziała.

-Musiałam załatwić zmotoryzowany konwój.

-Jechał w naszym kierunku?

-Nie, miał spacyfikować jaką wioskę.

-Nas tu też pacyfikowali! Mamy informacje mające istotny wpływ na losy wojny, a ty zajmujesz się…

Nie skończył gdyż dziewczyna spojrzała na niego gromiącym wzrokiem.

-Może i tak, ale wy macie broń. Nie mam zamiaru słuchać o kolejnych rozstrzeliwaniach bezbronnych ludzi.

Nagle usłyszeli jakiś hałas. Znad lasu nadleciały dwa sztukasy, zmierzające w ich kierunku. Jednak z jednego z drzew wyskoczył jakiś ciemny kształt, który zaraz znów wylądował w koronie drzewa. Samoloty zaś rozpadły się na kawałki i z hukiem upadły na ziemię. Owym kształtem okazał się młody chłopak, który zaraz do nich podszedł.

-Cześć, Andrew. Widzę, że mieliście ręce pełne roboty.

-Widzę, że oboje macie tendencję do spóźniania się.

Wtedy Walter zauważył Noemi.

-Witam szanowną panią.

Ukłonił się i chwycił jej dłoń, chcąc ją pocałować. Dziewczyna wyrwała się i uderzyła go w nos. Chłopak złapał się za niego, masując go energicznie.

-Nie wiem czy sobie na to zasłużyłem.

-Jestem Noemi. Tymczasowy najemnik Hellsinga.

-Je jestem Walter. Ale zaraz, zaraz, to ja jestem asem Hellsinga. Arthur nic mi o tobie nie mówił.

-Tak się składa, że mi o tobie też nie wspomniał.

Chłopak zwrócił się do Andrew. Nie patrzył jednak mu w oczy, zajęty był oglądanie brzucha Noemi. Uniósł zadowolony brwi i podniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu. Dziewczyna przewróciła zażenowana oczami, a wtedy chłopak spojrzał już na Welsha.

-Skąd ją wytrzasnęliście? Z cyrku?

Dziewczyna założyła ręce na piersiach.

-Odezwał się właściciel nienagannej czupryny.

-Co wy wszyscy z tymi włosami?! Chciałbym nadmienić, że twoja fryzura też nie należy do normalnych. Jakiś szkop zdzielił cię kosiarką(w moim założeniu Noemi ma fryzurę podobną, jak ma X-zibit, ale dłuższą), czy co?

Noemi kopnęła go, ale chłopak zablokował cios, przy okazji oglądając jej buty.

-Ładne buty. Nie jest ci może zimno?

Prychnęła pogardliwie i wyrwała nogę z jego uścisku.

Andrew przejechał ręką po czole.

-Ech, te bachory… Dobra, macie tu kopie dokumentów. Po przeczytaniu wiecie co robić.

-Wyczyścić pannie Noemi oczka, bo najwyraźniej zapomniała ich umyć.

-Posłać pana Waltera do fryzjera, bez względu na formy jego oporu.

-Po wykonaniu zadania możecie zrobić z sobą co wam się żywnie podoba, ale na razie…Z mocy nadanej mi przez przywódcę naszej organizacji ogłaszam was partnerem i partnerką.

-CO?!

-Z siłą wyższą się nie dyskutuje. Możecie odejść.

Odwrócił się do nich i zwrócił do swoich ludzi.

-No, chłopaki, zmywamy się!

Walter i Noemi zostali sami. Chłopak wkurzony włożył ręce do kieszeni i zwrócił się do niej ze złym grymasem na twarzy.

-Powiedz mi, że to żart.

-Niestety nie. Akurat ty, jako AS organizacji powinieneś to wiedzieć.

-Widzę, że nie mamy wyboru. Z resztą, nie uważasz, że moje spryt i inteligencja w połączeniu z twoimi urodą i seksapilem, mogą zaowocować…

-Nie pozwalaj sobie.

-Ech, wy, Żydzi, macie ograniczone poczucie humoru.

-Jakim cudem poznałeś, ze jestem Żydówką?

Jej słowa kapały ironią.

-Nie wiem. Może po oczach, może po tej fryzurze.

Przez cały czas patrzył się wymownie na naszyjnik i klamrę od paska dziewczyny. Gdy wspomniał o włosach, chwycił między palce jeden z warkoczyków, jednak Noemi złapała go za nadgarstek i wykręciła boleśnie rękę i wycedziła przez zęby:

-Won z łapami.

Wykręcił jej się.

-Spokojnie, niunia.

-Nie mów do mnie niunia.

-Dobrze, niuniu.

Uśmiechnął się złośliwie, jednak ta mina szybko zeszła z jego twarzy, gdyż dostał kolanem w czuły punkt. Zwinął się z bólu i syknął przez zęby.

-Słuchaj, angielski dżentelmenie. Nie jestem jakąś pierwszą lepszą lalunią, która zapiszczy z zachwytu, gdy ją klepniesz w tyłek.

Podniósł się, wciąż lekko zaciskając nogi.

-Może i tak, ale nie uważasz, że to był cios poniżej pasa?

-Tak, był. I co w związku z tym?

-Że kopnęłaś mnie tak, jakbym co najmniej próbował cię zgwałcić.

-Dobra, koniec z pierdołami. Skoro musimy współpracować to trudno. Być może w pojedynkę nie pokonalibyśmy przeciwnika, z którym przyjdzie nam się zmierzyć.

-O kim mowa?

-Dobrze wiesz, że nie przyleciałeś tu załatwiać SS manów.

niedziela, 7 lipca 2013

Death Note Drogi L

Author: Yyellow 

Drogi L,
Jesteś kompletnie beznadziejny.
Z poważaniem,
Kira

Drogi Kiro,
Nawzajem,
L

Hej L,
Dostaliśmy maila od Kiry, w którym pisze, że jesteśmy beznadziejni.
Może dostałeś coś podobnego?
Pozdro,
M, M&N

Drodzy Następcy,
Owszem, dostałem.
L

L,
Kira spamuje dookoła mailami.
Możesz coś z tym zrobić?
Raito

Drogi Raito,
Nadal podejrzewam, że to Twoja robota.
L

Drogi L,
Jesteś niczym pies z kością. Poważnie, skończ we mnie celować i znajdź prawdziwego Kirę!
Raito

Drogi Raito,
Hał, hał!
L

Hej L,
Kira wysłał nam zdjęcie psa liżącego swoje XXX. Wkleił tam twoją głowę.
Mello uważa, że to zabawne. Ja oczywiście tak nie myślę.
M, M&N
PS: Near łże! - M

Drogi Raito,
To niesamowite, że przed chwilą porównałeś mnie do psa, a zaraz później Kira wysłał zdjęcie z psem w roli głównej do moich następców.
L

Drogi L,
Nic takiego, zwykły zbieg okoliczności.
Raito

Drogi Raito,
Na 100%.
L

Drogi L,
Udowodnij!
Raito

Drogi L,
Dlaczego wysłałeś nam zdjęcie nagiego Raita leżącego w łóżku i dlaczego dodałeś Kirę do listy mailingowej?
Pozdro,
M, M&N

L,
Ty skurwysynu.

Najdroższy Watari,
Nie mam ciasta.
Pomożesz mi?
L

Drogi L,
Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, że są problemy z piekarzami w Japonii.
Watari

Kira,
Nie wystarczy, że zabijesz wszystkich piekarzy.
L

Drogi L,
Widziałem w telewizji.
...
Muahahaha!
Raito

Raito,
Zapłacisz mi za to.
L

Drogi L,
To nie byłem ja. To był Kira.
Raito

UWAGA
Twój e-mail został odesłany do nadawcy, ponieważ wystąpiły problemy z dostarczeniem.
Podane adresy posiadają stałe błędy.
Przypuszczalne powody dla których e-mail został odesłany:
Skrzynka pocztowa jest pełna.

Hey L,
Czy to Ty jesteś odpowiedzialny za rozpowszechnienie zdjęć i filmu z Yagami Raitem na całym świecie, wraz z jego i Kiry mailem?
M, M&N

Drodzy Następcy,
Myślę, że nie musimy się dłużej martwić Kirą.
L

Drogi Ryuuzaki,
Mógłbyś poprosić Raito, aby odpowiedział na moje wiadomości?
xxx
Misa-Misa

Drogi Raito,
Odezwij się do Misy.
L

Drogi L,
Nie chce mi się. Dziewczyna ciągle mnie męczy o kolejną randkę, a ja naprawdę nie mam czasu na takie błahostki. Zwłaszcza, że są ważniejsze sprawy do załatwienia.
Raito

Droga Miso,
Raito wydaje się być zajęty jakimiś nudnymi starymi sprawami.
Natomiast ja jestem całkowicie wolny! Co powiesz na wspólny spacer do tego nowego sklepu?
Nazywa się Sugar-Sweet i jestem stuprocentowo pewny, że go pokochasz!
Ryuuzaki

Drogi Ryuuzaki,
Ja chcę iść na randkę z Raitem!
A nie z takim zboczeńcem, jak ty...
Misa-Misa

Raito!
Proszę, proszę, proszę umów się ze mną!
Ładnie proszę!
xxx
Misa-Misa

Droga Miso,
Nie.
Raito

Drogi Raito,
Proooooszę, chodź ze mną do tego nowego sklepu ze słodyczami!
L

Drogi L,
Okej, możemy iść za godzinę.
Raito

Ryuuzaki,
Nienawidzę cię! Próbujesz ukraść mi Raito!
Widziałam was koło tego sklepu...
Nawet nie myśl o przeobrażeniu Raito w geja!
To mnie lubi! Nie ciebie!
Misa-Misa

Drogi L,
Dostałem właśnie wiadomość od Misy. Mówi, że próbujesz zrobić ze mnie geja.
... czy to kolejna szatańska teza typu "Raito jest Kirą", czy może coś innego?
Raito

Drogi Raito,
Dziękuję za kupienie mi słodyczy, nie wiem jakim cudem zapomniałem portfela.
Misa nie będzie narzekać, jeśli poświęcisz jej trochę uwagi.
Teraz jednak zastanawiam się... Dlaczego Raito nie lubi swojej totalnie pięknej dziewczyny?
Może Misa jest na bieżąco w niektórych... sprawach?
L
P.S. Daję sobie spokój z Kirą.

Drogi L,
Nigdy nie dasz sobie spokoju z Kirą, wiem to.
I ja też nie. Złapiemy go razem!
Raito
P.S. Wszystkie pytania dotyczące mojej orientacji seksualnej będą ignorowane.

Drogi Raito,
Niechcący wylałem mnóstwo bitej śmietany na swoją klatę.
Proszę... Pomóż mi w jej zlikwidowaniu.
L

Drogi L,
To nie wypali.
Zaczynasz mnie męczyć jak Misa.
Raito

Drogi Raito,
Wolałem Cię zanim straciłeś wspomnienia.
L

L,
O czym ty mówisz?
Raito

Spędziliśmy razem cudowne chwile...
L

L,
Co masz na myśli?!
Przestań ze mną pogrywać!
Raito

Drogi L,
Proszę, przestań dręczyć mojego syna. On naprawdę chce być przydatny w pojmaniu Kiry. Dlaczego więc chcesz go zmieszać trudnymi pytaniami? Nadal go podejrzewasz? Ponadto, Misa pragnie spędzić trochę czasu z Raitem sam na sam. Proszę, pozwól im stworzyć normalny związek.
Yagami Soichiro

Drogi Raito,
Twoja dziewczyna jest paplą, a ty jesteś zwykłym synkiem tatusia.
L

czwartek, 4 lipca 2013

Naruto "Wielkanoc - Tobi is a good boy!"

Author: DageRee 


"Wielkanoc - 'couse Tobi is a good boy!"


- Nee, ne, Deidara-senpai! – krzyknął jak zwykle pobudzony Tobi.

- Czego? – zapytał od niechcenia blondyn.

- A czy sempai wie co dzisiaj jest za dzień?

- A skąd miałbym to wiedzieć, um? – Deidara zastanawiał się o co może jego nowemu, przygupiałemu i nie do końca rozwiniętemu psychicznie partnerowi, który właśnie siedział obok z dziwnym koszyczkiem w rękach, chodzić.

- No bo widzisz sempai. Jest dzisiaj Wielkanoc!

- He? Wielkanoc? Co to? – zapytał zdziwiony.

- No bo widzisz, sempai. Jest to takie święto, gdzie latają kurczaczki, jajeczka spadają z nieba, a baranki się liże! – tłumaczył Tobi, machając przy tym dłońmi w każdą stronę.

- Na serio jest takie święto? – zapytał zrezygnowany. Naprawdę, nawet Honen-sai(festiwal męskiego członka) ma więcej sensu niż to co w tej chwili przedstawił Tobi. Chociaż to Tobi, o którym mówimy. Pewnie przekręcił to i owo. – Ej, chwila! Co to jest?! – Odskoczył od zamaskowanego chłopaka, jednak tamten się nie poddał i pilnował, aby przedmiot trzymany w dłoniach cały czas był tuż przed twarzą blondyna.

-Poliż.

- Ż-że co?!

- Mam dziwne wrażenie, że sempai mi nie wierzy. Niech poliże na przekonanie. – Nie ustępował.

- Zabierz mi sprzed nosa tego barana!

- No, ale on jest słodki. Seeempaaai!

- He?! Słodki? Jak możesz to małe, białe coś nazywać słodkim? Totalne bezguście.

- Poliż, a się przekonasz – namawiał Tobi. – Ja polizałem, więc wiem, że to jest słodkie.

- Co?! Ty już to lizałeś?! Zabierz to ode mnie! A więc miał na myśli smak, um?

Tobi w końcu zrezygnował, skulił się lekko i depresyjnie wpatrywał się w swoje buty. Deidara odetchnął w spokoju.

- Ale to święto jest naprawdę dziwne. Ludziom spadają takie piękne jajeczka, a potem muszą je niszczyć…

- He? – Deidara się zaciekawił. – Wybuchają?

- Nie, nie. – Chłopak ponownie stracił zainteresowanie. – Tuczą je. A mają przecież takie piękne wzorki! Niektóre nawet mają słodkie królisie, jednak tylko Ci wyjątkowi je dostają... O! Popatrz tu! Popatrz tu! - Skakał Tobi z nogi na nogę, a w rączkach trzymał jajko z króliczkiem. Deidara patrzył na niego jak na idiotę. - Widzisz? Widzisz? Tobi ma jajeczko z króliczkiem~! Tobi jest wyjątkowy~!

- Tobi jest kretynem - skomentował Deidara bardziej do siebie niż do kolegi, jednak zamaskowany mężczyzna to usłyszał.

- Wcale nie! Tobi is a good boy~!

- Mniejsza... - Dezaprobata to mało powiedziane, jeśli chodzi o to co w tej chwili czuł fascynata sztuki. - Ej, chwila! Co ty znowu robisz?! - wrzasnął Deidara, kiedy macał swoją głowę. Poczuł, że ma na niej królicze uszy. Już chciał je zdjąć, kiedy spojrzał na Tobiego i aż słów mu zabrakło. Z ust blondyna wyszło tylko jedno słowo: - Serio? - Patrzył załamany na, do cholery, dorosłego mężczyznę, który odstawiał jakiś dziwny taniec ku chwale królików, też nosząc podobne uszy, jak jego sempai.

- Wielkanoc! 'Couse Tobi is a good boy~!

środa, 3 lipca 2013

Death Note Zabijając jego, zabijasz siebie

Author: Yuuka5

Light uświadomił sobie co czuje do ciemnowłosego detektywa


Od początku wiedziałeś, że pojawienie się Jego w twoim życiu na zawsze wywróci je do góry nogami. Już od pierwszego dnia przeczuwałeś, że on Cię zmieni, że sprawi że staniesz się inną osobą. Nigdy nawet nie myślałeś że cała sprawa tak się skończy. Ale, jakby nie patrzeć, dobrze że tak się stało.

Dobrze pamiętasz wasze pierwsze spotkanie. Dokładnie pamiętasz podejrzliwy wyraz twarzy detektywa, ten jego przeszywający wzrok, który próbował przeniknąć przez twoją duszę, a już najbardziej wyryło ci się w pamięci wspomnienie chłodnego i dziwnie spokojnego głosu. To wspomnienie często ci się śni.

Pamiętasz też jak pierwszy raz spojrzałeś na L w ten sposób, i jak pod wpływem impulsu go pocałowałeś a on cię odepchnął, mimo iż sam tego chciał. To uczucie było nie do opisania.
Właśnie wtedy zdałeś sobie sprawę, że po raz pierwszy się zakochałeś. Ty, seryjny morderca, Kira, osoba która nigdy nie miała styczności z takimi uczuciami, po prostu zakochałeś się, do tego w swoim nemezis. Uważałeś się wtedy za osobę chorą psychicznie, wierzyłeś że miłość jest tylko iluzją stworzoną by zamaskować pożądanie, by pomóc w przetrwaniu naszego gatunku. Nawet nie wiedziałeś, jak bardzo się myliłeś.

Od czasu tego pamiętnego pocałunku, staliście się sobie bardziej bliscy. Ryuzaki często przypadkowo dotykał twoje dłoni lub ocierał się o ciebie. Często ucinaliście sobie pogawędki o rzeczach, o których nie porozmawiałbyś z podejrzliwym, chłodnym L'em którego poznałeś na początku. Bardzo zmienił się o tamtego momentu, przestał traktować cię z dystansem, a zaczął traktować cię jak bliską osobę, może nawet najbliższą. Gdy byłeś koło niego, czułeś że wszystko jest na swoim miejscu, że jesteś szczęśliwy. Nigdy nie czułeś się tak jak teraz.

Właśnie dlatego, nie mogłeś zrealizować swojego planu, planu idealnego. Chciałeś stać się nowym bogiem, wyeliminować wszystkich i wszystko co stanie ci na drodze do tego. Ale w twoim planie była luka, ogromna luka. Bo co jeśli na drodze stanie ci osoba która jest ci bliska, osoba którą kochasz? Zabijesz ją? Wyeliminujesz? Nie, zbyt dużo by cię to kosztowało, straciłbyś jedyną osobę do której poczułeś coś więcej, jedyną osobę która prawdopodobnie czuje to samo. Tak, jedyną, ponieważ mimo tego iż jesteś genialnym nastolatkiem, przystojnym mężczyzną i najukochańszym synem, to nigdy, przenigdy nie kochałeś ani nie byłeś kochany. Akceptowałeś wszystkich i wszyscy akceptowali ciebie.

Mimo iż wiedziałeś, że nie potrafiłbyś zabić detektywa, postawiłeś sobie za priorytet by to zrobić, by udowodnić sobie samemu że nie jesteś słaby, że potrafisz zrobić wszystko, tak jak bóg. Codziennie próbowałeś się zmusić by wpisać w tym cholernym zeszycie jego imię, ale wszystkie próby zeszły na marne.
Pierwszy raz w całym swoim życiu musiałeś się przyznać że jesteś słaby. Ty, wszechmocny Kira, jesteś słaby. Kochasz go i nic na to nie poradzisz. Nawet gdy go zabijesz, to uczucie zostanie w tobie, pamięć o nim wyryję ci dziurę w sercu, a ból sprawi że stracisz zdrowy rozsądek.


Zabijając jego, zabijesz siebie.

Death Note Cienie

Author: Altair Abe Black 

Cienie

- Panie Watari… Jak to jest stać z boku?

Mężczyzna uśmiecha się dobrodusznie, ale Matsuda widzi w tym uśmiechu tylko pobłażanie, jak zawsze.

- Nie stoję z boku, dziecko.

Ma ochotę krzyczeć, zacisnąć pięści i uderzyć w coś, ma ochotę zrobić cokolwiek.

- Panie Watari…!

Watari śmieje się, potrząsając głową jak dobroduszny dziadek. Jest dziwny, niepokoi Matsudę. Touta chce go uderzyć, choć jest to bardziej impuls niż prawdziwa agresja. Jego rękę zatrzymuje stalowy uścisk.

- Kim byłbym bez umiejętności obrony? – odpowiada pytaniem na spojrzenie Matsudy. Stoją bardzo blisko siebie. Watari pachnie kawą, a Matsuda cukierkami, które przyniosła Misa.

Przez chwilę nic się nie dzieje, choć mogłoby, uważa Matsuda, nie panując nad własnymi myślami. Watari mierzy go uważnym, spokojnym spojrzeniem. Jest szary jak cień.

- Jestem cieniem, ale one nie zawsze są z boku – oznajmia poważnie Watari. Matsuda prycha, a wtedy on wzmacnia uścisk, wykręcając mu rękę. – Posłuchaj mnie uważnie, chłopcze – mówi, a jego twarz jest tak blisko, że krzaczaste szare brwi łaskoczą policzek Matsudy. – Cienie istnieją po to, by podkreślać światło innych. Zapamiętaj to dobrze.

Matsuda obraca głowę, chcąc coś powiedzieć, i robi się niezręcznie. Czuje wąsy mężczyzny na swoich ustach, dziwne, niepokojące uczucie. Prycha, nieopatrznie rozchylając wargi. Watari jakby tego nie zauważa, może tylko puszcza go zbyt gwałtownie. Opada niezgrabnie na ziemię, mały, głupi Matsu, jak zwykle.

Z wysokości kolan patrzy na Watariego, poważnego i nieporuszonego.

- Panie Watari… A co, jeżeli jest się cieniem tak słabym, że zlewa się z tłem?

Starszy mężczyzna podaje mu dłoń w rękawiczce. Przytrzymuje tylko ułamek sekundy dłużej niż to konieczne.

- Małe cienie zbierają się w większy cień.

Matsuda otrzepuje spodnie, nie patrząc na niego.

- Pan jest wielkim cieniem.

- Owszem. Beze mnie nie byłoby światła – zgadza się, unosząc podbródek Matsudy. Przez chwilę po prostu patrzy mu w oczy, jakby szukał w nich jakiegoś przebłysku geniuszu. Nie wydaje się zawiedziony, kiedy go nie znajduje. – Ale gdyby nie było małych cieni, nigdy nie powstałyby duże.

Matsuda marszczy brwi, próbując zrozumieć wszystko to, co właśnie usłyszał, ale ręka Watariego na brodzie i jego uważne, szare spojrzenie wcale mu nie pomagają. Zastanawia się, co mężczyzna postanowi teraz zrobić. Jest nieprzewidywalny, choć – Matsuda bardzo w to wierzy – logiczny, ale w tak pokrętny sposób, że mały, głupiutki cień nie może tego zrozumieć.

Ręka Watariego nie opada, zostaje powoli opuszczona, wierzchem muskając materiał garnituru Matsudy. Policzki młodego policjanta płoną, ale mężczyzna uśmiecha się do niego lekko, pokrzepiająco.

- Zbyt wiele rzeczy sobie wyobrażasz, chłopcze.

Matsuda zamyka oczy. Watari za to otwiera je szerzej, przyglądając się jego twarzy. Jest jasna.

- A czy pan nie potrzebuje cienia? – pyta bardzo naiwnie Japończyk.

Watari śmieje się cicho..

- Nie zrozumiałeś nic z tego, co powiedziałem, dziecko – wzdycha. – Otwórz oczy – polecił. Matsuda wykonuje polecenie, posyłając mu spojrzenie smutnego szczeniaka. Czuje się beznadziejnie w otoczeniu tych wszystkich geniuszy, planów, wiecznego obserwowania się nawzajem. On chciał tylko ratować świat przed seryjnym mordercą, a nie bawić się w te wszystkie gierki!

- Cienie są najlepszym przykładem na to, że świat nie jest czarno-biały – oznajmia Watari, czytając mu w myślach. – I nie, nie potrzebuję własnego cienia.

- Przepraszam za zajmowanie pańskiego czasu – wycofuje się Matsuda, zawstydzony całą tą sytuacją, choć przecież nie powinien. Nie zdarzyło się nic krępującego, prawda?

Watari kiwa głową, uśmiechając się do Touty. Teraz naprawdę jest już rozbawiony, jakby doskonale wiedział, co się dzieje w głowie Matsudy.

Problem w tym, że sam Matsuda nie bardzo ma pojęcie, co się dzieje w jego głowie.

- Pójdę już – mówi, odchrząknąwszy.

Nie udaje mu się to, bo drzwi do kwatery otwierają się nagle szeroko i wchodzi przez nie Light. Nie zwraca na nich uwagi, ciągnąc za sobą L'a. Detektyw na chwilę zatrzymuje się przy Watarim i, ignorując Matsudę, wydaje mu jakieś polecenia.

Starszy mężczyzna kiwa głową, przyjmując rozkazy. Zanim wychodzi, Matsudzie wydaje się, że widzi, jak do niego mruga.


Ale może to tylko cień.